wtorek, 31 grudnia 2013

I'm in the mood for Love

Zmarzłam. Siedząc na balkonie, popijając kawę z czarnego, znaczącego kubka, czytając świetny wywiad z Joanną Bator w świątecznym wydaniu Newsweek'a. Przemarzłam, ale mi z tym dobrze, bo siedząc w promieniach słońca kompletnie mi to nie przeszkadzało. Przekornie wzięłam ze sobą telefon, jakby w nadziei na... coś. Szczerze mówiąc, w nadziei na rozmowę. Rzeczywistość jednak (o zgrozo) okazała się okrutna i dosyć przewidywalna. Moje złudzenia zasmucają i raczej nie pomagają wyzdrowieć z relacji bynajmniej kreatywnej i budującej.

Kolejną frustracją jest brak samodyscypliny, która w końcu popchnęłaby mnie do stworzenia czegoś, dokończenia dzieła (zniszczenia) i wydania na świat czegokolwiek. Cały czas szukam inspiracji, a one rzeczywiście inspirują! Problem tkwi w tym, że nie umiem tego stworzyć, tego co dzieje się w mojej głowie. Nie chcę udowadniać, ale chyba w końcu powinnam - udowodnić sobie (i innym), że potrafię, umiem i nie mam z tym absolutnie żadnych problemów.

Gdziekolwiek bym się nie obracała w ciągu ostatniego tygodnia, wszędzie widać wszelkiego rodzaju podsumowania starego, a rokowanie, planowanie i składanie sobie (teraz) szczerych (bo potem niekoniecznie) obietnic na przyszły rok. I całkiem podświadomie odpowiadałam sobie na te same kwestie, jaki był ten rok? Jaki chciałabym, żeby był ten rok? Jak planuję spędzenie przyszłego roku? I doszłam do całkiem bystrego jak na własne możliwości wniosku - ten rok, patrząc pod kątem sukcesów i porażek, był jednym w i e l k i m pasmem porażek. Nie napisałam tyle, ile chciałabym napisać. Nie wyjechałam do Danii. Zmarł mój tata. Nie wygrałam żadnego konkursu. Wakacje minęły mi pod znakiem kłótni i pracy. Nie wyjechałam w żadne spektakularne miejsce. Poszłam na uczelnię, do której nie chciałabym pójść pod największą nawet karą. Straciłam kilkoro przyjaciół. Bezsilnie (ale z jednoczesną radością i tępym uczuciem zazdrości) przyglądałam się szczęściu kilku kolejnych przyjaciół.  Nie znalazłam miłości. Nie odniosłam sukcesu. Nic. Nic. Nic.
A teraz, po kilku linijkach gorzkiego podsumowania przyszedł czas na to zdanie - To był zdecydowanie najpiękniejszy rok mojego życia.
Nie wyjechałam do Danii, ale zostałam w Polsce, gdzie trafiłam na najlepszą chyba uczelnię świata, pełną świetnych ludzi, pełną świetnych nauczycieli, pełną kreatywności i miejsca do popisu. Umocniło się kilka związków z niektórymi ludźmi, utwardzając nasze relacje do pozycji 'stalowych'. Poznałam masę ludzi, uczestniczyłam i przyglądałam się kulturze tak blisko, jak nigdy przedtem. Przeprowadziłam się do pięknego mieszkania, które daje mi poczucie posiadania własnego, pięknego kąta. Zaczęłam pracę, która daje mi pieniądze i satysfakcję.
Jestem tak bardzo szczęśliwa. To szczęście poczułam dziś, około godziny 10:35, w samochodzie, słuchając Paolo Nutini, kiedy słońce oślepiało moją twarz, a ja - w całej tej beznadziejnej sytuacji zaczęłam się po prostu śmiać.

Zmarzłam dziś. I właściwie cały czas jeszcze mi zimno. Ale zimno mi w dobrym nastroju. Jak gdybym miała te wszystkie troski gdzieś daleko za sobą. I tego życzę wszystkim, z okazji idealnego pretekstu, aby zmienić cokolwiek.
A. M. B.

czwartek, 26 grudnia 2013

Czy u któregokolwiek z was poświąteczny czas to idealna okazja na porządkowanie życia? Te kilka dni wolnego to idealny moment, by rozdziabać całą strukturę, przemyśleć i obmyślić naokoło. A czas pozornie wolny, który nastąpi niedługo będzie idealny do tego, aby zacząć powolne, mozolne, a przy tym konieczne zmiany. Wyrzucanie z głowy rzeczy przypadkowych i niepotrzebnych, rozwiązywanie palących, a przy tym zaległych problemów. Weryfikowanie znajomości, obnażanie uczuć. Tak bardzo przeszkadza mi życie w bałaganie, którego nie widać. I już od dawna wiele rzeczy wskazywało na pewien punkt kulminacyjny, który już nastąpił. Chyba z początkiem świąt, a jego apogeum dało się odczuć dziś. I to jest najgorsze. Że tak źle, jak dziś, nie było już dawno.

Christmas Eve's thoughts

Jak co roku, zawsze sympatycznie, zawsze elegancko i (zazwyczaj) szczerze.

niedziela, 22 grudnia 2013

Jakie z założenia powinny być święta?
Rodzinne, radosne, szczęśliwe, wesołe.
Jak więc ma się do nich moja samotność? Tak potężna i przejmująca.
Jeżeli rodzinne, to co, jeżeli spędzanie ich z rodziną nie jest jakoś szczególnie zajmujące?
Jeżeli radosne, to dlaczego nie umiem się radować? Weselić.
Jedyne w każdym razie co mi zostało, to szczęście, któremu ulegam każdego dnia. Nie przez cały dzień, ale na pewno każdego dnia delikatne i ciepłe poczucie szczęścia wkrada się w życie.
Dzisiaj? Obłędny zapach choinki, puszysty dywan, herbata z goździkami, pomarańczą i cytryną, sokiem malinowym. Do tego nowa książka Gombrowicza i gotowe. Ale nie takie święta są moimi wymarzonymi. Brak mi. Kogoś, czegoś. Niezidentyfikowanej osoby, bliskiej mi na tyle, aby móc zająć nią swój umysł.
Samotność. How to fight it?

Niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie


Kacprowe 40-minutowe spóźnienie zaowocowało zdjęciem, które niebywale trafiło w moje gusta.
Z każdym dniem coraz lepiej, coraz szybciej jakby i łagodniej też. Szczęśliwiej i z większym zapałem mogę zabrać się za oglądanie, czytanie, pisanie.


Ateny! Pół roku w Grecji z pewnością dobrze mi zrobi :)

piątek, 20 grudnia 2013

Ile jeszcze życia?

Miotam się w czterech ścianach, po mieszkaniu, kręcąc w koło i nie potrafiąc zebrać myśli. Nie jestem zdolna wytłumaczyć, więc opowiadam, rozmawiam ze sobą, marzę. Marzę o rzeczach, które się nie spełnią. I - co najważniejsze, wiem to. Mam świadomość, że to jest kompletnie pozbawione logiki. Wbrew wszystkiemu cały czas próbuję, zapamiętuję się w tym co robię w tak potężny sposób, że nie umiem sobie pomóc. Nie potrafię. A raczej... nie chcę. Ile jeszcze życia?

środa, 18 grudnia 2013

La vie d'Adèle

Po całkiem długiej nieobecności, po dłuższym okresie literackiej i blogowej wegetacji coś mnie tknęło. Kilka zaczętych i wiecznie nieskończonych artykułów czeka, tymczasem mam ochotę napisać coś na prędkości.
Be quick or be dead.
Podoba mi się tutaj. Radosne oczekiwanie (prawie) każdego dnia na studiach.
Mam, zdaje się, najpiękniejszy przywilej na świecie. Mogę bez skrępowania robić to, co lubię. Narzekając, oczywiście, i psiocząc na wszystko, jednocześnie dziękując w duchu za taką możliwość. Nie wiem ilu ludzi może pochwalić się możliwością spełniania się w dziedzinach, w których są dobrzy, ale z pewnością mogę się do nich zaliczyć. Odkrywszy to, nie do końca byłam w stanie uwierzyć w uśmiech losu. Że jak to. Jak można w życiu robić to, co się uwielbia. Kocha. Odnajduje w tym. Poznaje przy okazji mnóstwo, mnóstwo interesujących i ciekawych ludzi, którzy oddają pasje mniej lub bardziej entuzjastycznie.
Dobrze mi tutaj. Szczęśliwie.

Cóż jest przyjemniejszego od poczucia szczęścia? 



Dzisiaj dzień z szeroko omawianym, kontrowersyjnym, kochanym i nienawidzonym jednocześnie Życiem Adeli - Rozdział 1 i 2.

niedziela, 10 listopada 2013

Skuteczność jest miarą prawdy.

I okazuje się, że pozory, które stwarza człowiek to tylko nieznaczna część naszej powierzchowości.

Skuteczność jest miarą prawdy - sztandarowe słowa mojego Taty, który w najważniejszych dla mnie momentach zawsze ich używał. Najciekawsze jednak jest to, że rozumieć potrafię je tylko w krytycznych momentach. Dzień później tracą znaczenie, a przede wszystkim przesłanie. I nie potrafiłam ich odszyfrować zaraz po ważnej z nim rozmowie. A teraz? Czy kiedykolwiek zdobędę szansę na spotkanie człowieka, który powie mi to samo?

Decyzja, którą przyjdzie mi podjąć będzie pewnie jedną z najtrudniejszych w całej karierze. Jej czas się zbliża, a ja jestem w przysłowiowej dupie.

wtorek, 29 października 2013

I moje długi spłać...

Mam wrażenie, jakby w chwilach ważnych moja inteligencja i ogłada wychodziły na spacer bez uprzedniego informowania mnie o tym. A potem jest żal. I smutek. I niesamowicie smutno jest. Samotnie jakoś...


poniedziałek, 28 października 2013

Ojciec, syn

Mogłem żyć głośniej, mogłem więcej podróżować i krócej spać.

Dzień zaczynamy od mroźnego powietrza, pięknych promieni słońca i maglowanego ostatnio albumu 'Matka, Syn, Bóg'.

Niedługo już kolejna w moim życiu przeprowadzka. Do miejsca znanego mi powierzchownie, bez zbędnego zgłębiania się. Zmiana z 7 na 16 m kw. Zburzenie mojego malutkiego, syntetycznego świata, dopasowanego do wymiarów dotychczasowych.

Be continued...

niedziela, 27 października 2013

Dobrze jest.

Kilka ostatnich dni to plątanina nadziei, smutku, strachu, przerażenia i melancholii.

Po wczorajszym seansie nowego filmu Macieja Pieprzycy - 'Chce się żyć', nie potrafię pozbierać swojej osobowości z powrotem w całość. Niepozostawiająca złudzeń o okrucieństwie rzeczywistości produkcja zbyt głęboko wtargnęła we mnie, bijąc i kopiąc wszystko to, co wesołe, szczęśliwe i przyjazne. I tak każdego dnia doświadczam, dotykam rzeczy emocjonalnie destruktywnych.

Jak poradzić sobie z problemami? Jak określić swoje uczucia, podjąć odpowiednie decyzje? Co zrobić w przypadku, gdy nie wiem co robić, a czas nagli. Czy to miały być moje marzenia? Czy życie, które chciałam, ma tak wyglądać? Czy jest chociażby namiastką i częścią mojej przyszłości? Chciałabym spróbować. Chcę. Bo już na pytanie czego NAPRAWDĘ chcę - nie potrafię odpowiedzieć.

Dzisiaj na kulturalnie - bo kilka rzeczy skumulowało się we mnie i w końcu wybuchło falą nadmiernej emocjonalności.
Album rodzinnego trio Waglewski Fisz Emade zachwyca. Bo cudownie patrzy się na ojca i synów. Bo nigdy już nie doświadczę takiej więzi. Bo ta muzyka jest jak korekta nosa - łamiąca kości i chrząstki po to, by poskładać je na nowo, w taki sposób, w jaki sobie wymarzyliśmy. I ucząca nas rzeczywistości w unikalny, niespotkany sposób.


















sobota, 12 października 2013

I will end up dust


Od czwartkowego wieczoru w głowie słyszę tylko jedną melodię. Od wczoraj przed oczami mam ostatnie dzieło Urlicha Seidla. Od tygodnia czuję swoisty "powrót do przeszłości". I znowu zamieszanie, cały szum. Znowu obnażanie wszystkich moich wad, wielkie obmyślanie i snucie planów (które i tak nie wypalą), marzeń (które i tak się nie spełnią), wybieranie najlepszych rozwiązań z tych najgorszych (które i tak się nie sprawdzą).
Studia, praca, duński, angielski, czytanie, oglądanie, dawno nie było tak intensywnie. I wyzywająco jednocześnie. W tym czuję się dobrze. Za to nie najlepiej idzie mi w sprawach całkowicie odmiennych, których bieg mogę albo zahaltować od razu, albo puścić je swoim biegiem. Co zrobię...?

środa, 2 października 2013

Praise you

Starając się nie myśleć o fakcie, że jednak trudniej będzie, niż przewidywałam, po głowie chodzi mi myśl o dostosowaniu się odpowiedniejszym do wymagań teraźniejszego świata. Mam jednak niejasne wrażenie, że skończy to się obniżeniem wymagań ogólnych. Albo skrzętnym ukrywaniem stanu rzeczywistego, ukrywając się za maską półgłówkowatości i relatywnie niskiej świadomości.

Tymczasem coraz więcej obowiązków wchodzi na rozkład, trochę pracy, trochę myślenia, wypełniona poczuciem bezsensowności perspektywa, brak sił i wieczne zmarznięte ręce.

Po głowie chodzi mi opowiadanie, ale z każdą, lekką nawet chęcią do pisania, wszystko ulatuje, zastąpione wiecznym ostatnio uczuciem głodu, wyżej wymienionym zimnem, ogólnym smutkiem i szeroko pojętą melancholią.

Na szczęście mam co robić - czeka na mnie stos książek, czasopism, filmów(!!!), proces segregacji rzeczy osobistych, i segregacji różnych składowych życia. Recykling czas zacząć

niedziela, 8 września 2013

Spark seeker

Przy pomocy starego przyjaciela - Charliego Winstona, i nie tylko, postanowiłam napisać coś, co w końcu pozwoli rozwinąć mi tego bloga po wakacyjnej przerwie.
Otóż, nie owijając w bawełnę, tak gorąco i długo wyczekiwany wyjazd do Danii został odłożony, przełożony, przerzucony na rok przyszły. W tym zostaję w Polsce, uczę się języka duńskiego, robię kurs baristy i zarabiam udzielając korepetycji. Do tego w czasie rozłożę przygotowania wyjazdowe, poukładam niepoukładane i... postaram się utrzymać wszystko to, na co zdołam się załapać. Bo zawsze tak było. Niby przypadkowo, ale zawsze udawało mi się to, nad czym pracowałam. I czego gorąco, piekielnie pragnęłam. I tym razem będzie podobnie!




Środa Miłość, czwartek Imagine. Imagine love. Possible? 




wtorek, 3 września 2013

At this hope we are all tohether.

Dobra, czas ponownie odpalić bloga.
Myślałam o nim od dawna, zaglądałam, czytałam...
Czułam się jak zaniedbująca swoje dziecko opiekunka, ale chyba bez tej odpowiedzialności.
Każdy przebyty dzień był źródłem nowych myśli, pomysłów, radości, odchodzenia od zmysłów. Sensownie, lub absolutnie bez.

Czas zaczynać, od miejsca, w którym utknęłam. Poświęcać czas, skupiać się, udoskonalać to wszystko, czym żyję - siebie, swoje miejsca.
Wciąż przekładam swoje plany, z kieszeni jednych spodni do drugich. Spisane na kartce, tak jak lubię. Plany na życie. Zadania. Pomysły.

Niedługo Gdynia Festiwal Filmowy - czas się przygotować. Potem Opera, koncert, pokazy. Całkiem sporo wszystkiego. 
Myślę, że się uda.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Get me to nowhere, please.

Śmierć zabrała już dwóch bliskich mi mężczyzn.
Ile jeszcze będę musiała znosić?
Jak często los będzie odbierał mi po kolei tych, na których mi zależy. Obalał zaplanowane marzenia, bezpardonowo zamieniając je w kipiącą sarkazmem kpinę. Zarzucał, że zbyt pewnie poczułam się na świecie i jednym krytycznym momentem zdmuchiwał całą nadzieję.

Nie mam siły ani czasu. Mam za to chęć i determinację. Ostatnio jakoś - do wszystkiego.
Marzenia odroczone,
nowe plany na życie sztuczne, jak słodzony napój.
Rok adaptowania się do nowej rzeczywistości zakończone wyjazdem i ponowną adaptacją.

"Trzeba sobie jakoś radzić", powiedział baca zawiązując buta dżdżownicą.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Czy można inaczej?

Od kilku tygodni w mojej głowie, zamiast na papierze, bądź komputerze, powstaje pamiętnik. I każdego dnia w myślach układam słowa, które zapisałabym tutaj w najczystszej formie. Co najczęściej pojawia się wśród tych kilkunastu zdań, jest dosyć zagadkowe. Każdego dnia myślę: 'Ten dzień był cudowny w swojej czystej, nieokrzesanej postaci. Magiczny, hiperrealistyczny, pracowity, wspaniały. Przepełniony rozmowami i, co najważniejsze, znaczącym ograniczeniem Internetu'.
 I - albo jest to wynikiem rozpowszechnienia się mojego niepoprawnego optymizmu, albo tak rzeczywiście jest w mojej subiektywnej ocenie świata. I właśnie każdego dnia czuję się jakbym wygrała los na loterii, w końcu z własnych obserwacji jakakolwiek forma obserwowania i analizowania jest dziś przytłumiona i przytępiona przez wszelakie odmiany wynalazków, które rzekomo miałyby tą analizę pogłębić. I tu przypomina mi się pewien cytat z serialu Sherlock - 'Thinking is a new sexy'.


I tu cytat kolejny już, który dosyć znacząco podkreśliłam długopisem w czasie czytania felietonu Jerzego Antkowiaka:
'No ale przecież to jest samo życie, bo dopiero ten tygiel doznań, odczuć, przeżyć, westchnień, porażek i różnych gier pozorów, sukcesów, a przynajmniej wiary, że to coś to sukces, powala nam wierzyć, że żyjemy naprawdę.'

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Morte a Venezia

Od dawna nie miałam okazji, by usiąść po pracy, zrobić sobie aromatyczną kawę, odpalić telewizor (Naked Chef, czyli Londyn od kuchni - od lat mój faworyt!), zrelaksować się przy minimalnym wysiłku po ciężkim dniu w pracy. Jutro 'wielkie ścięcie', czyli moje spotkanie z fryzjerem.



A tymczasem kończę Nagiego Szefa i zabieram się za długo odwlekany moment ze Śmiercią w Wenecji.

poniedziałek, 27 maja 2013

Creature fear

I znowu, kolejny dzień jakiś taki niezmarnowany. Wciąż planując, rozpisując, układając i myśląc, staram się rozłożyć swoje życie na czynniki pierwsze po to, by je przewieźć i złożyć na nowo.

Zasłuchana w delikatne, wysokie i pełne magii dźwięki muzyki Bon'a Iver, słuchając każdego z utworów po kilka razy, zastanawiam się, dlaczego akurat ja miałam to szczęście.

środa, 22 maja 2013

Impossible is nothing.

Uwielbiam budzić się o poranku, nawet mimo braku przymusu. Lubię wtedy nalać sobie kawy do kubka, otworzyć i odsłonić wszystkie okna, poczuć magię budzącego się dnia.

I'm changing this blog into my diary from studying in Denmark. To help me with loneiness, to help other with fear connected with turning away their previous lives. But generally to show that your infirmity and malaise is mostly as long as YOU want it, nobody else. In the entire life to be ready to change something, to not get bored, to not get too comfortable with it.


I think the human nature is to explore. To find their lines and go behind them. The only limit is the one you set yourelf.

niedziela, 19 maja 2013

Cold bread

Pochłonięta spędzaniem niesamowicie interesujących dni wypełnionych ciągiem imprezowo-pracowniczym, od trzech godzin dopiero, mam możliwość odpoczęcia od wszystkiego, co irytujące, naglące i wymagające ogromnych nakładów cierpliwości oraz głębokiego skupienia.

Powoli zabieram się za robienie listy wyjazdowego must have/must do, omawiania z bliskimi logistycznego rozpracowania, finansowego zabezpieczenia, planów na życie.

 Po tak wykańczającym weekendzie i  maturalnym szale przez ostatnie dwa tygodnie, moim marzeniem jest po prostu dobry film, co z chęcią uczynię.


czwartek, 16 maja 2013

Visionary, vision is scary



Dzień ponownie jeden z przyjemniejszych w karierze. I albo obniżają mi się wymagania, albo rzeczywiście te momenty są przepełnione bliżej niezidentyfikowaną magią. Uwielbiam czerpać z nich energię, napawać się ich nieodkrytą wcześniej stroną.
Tymczasem zaczynam odliczać dni

środa, 15 maja 2013

Wszystko to, czym nie chcielibyśmy zostać.

Tydzień przyjemnie spędzonych wieczorów. Dzisiaj też jest cudownie, mimo jutrzejszego problemu, które mam nadzieję minie w terminie natychmiastowej wykonalności.





Tymczasem o muzyce. Tak wiele się teraz w moim życiu dzieje muzycznie, że boję się zapomnieć o starociach. Od dekady jużem zakochana w Ericu Satie, a emocje, gęsia skórka na plecach, przyspieszony oddech, mimowolne zamykanie oczu wciąż pozostają identyczne jak sprzed laty. Czy istnieje na świecie choćby kawałek muzyki bardziej poruszającej, niż to? Chociaż minęły lata odkąd poznałam to brzmienie, nadal nie umiem powiedzieć, co ze mną ta muzyka wyprawia. Nie czuję się po niej lepiej, żadnego katharsis ani odrodzenia, wręcz przeciwnie. Smutek, samotność. Bezgraniczna samotność. Ciemność, zmrok, coś niepokojącego.

wtorek, 7 maja 2013

Dwa lata i dwa dni.

No tak, pierwsza matura za mną, całe mnóstwo jeszcze nie. Na szczęście nie ulegam ogólnemu rozgardiaszowi związanego z kompleksowym panikowaniem, podekscytowaniem, rozczarowaniem i smutkiem. Co przeczytałam w artykule, jedząc śniadanie? Że matura to sprawdzian nie naszej wiedzy, tylko inteligencji i umiejętności danego dnia.

Mając przed oczami "przygodę życia", jednocześnie pomyślałam o założeniu bloga, który byłby swoistym łącznikiem między mną, a wszystkimi doznaniami oraz problemami, których bym doświadczała. Dziobak jednak polecił mi, bym tego bloga przekształciła na pamiętnik ze swojej podróży. Tak też zrobię, w końcu ten jest już ze mną od 5 maja 2011 roku, czyli dwóch lat i dwóch dni! Nawet nie wiem, kiedy i jak zleciał taki szmat czasu, kiedy zdarzyło się to wszystko, o czym pisałam, czym dzieliłam się przez ten okres. Tyle historii, filmów, uśmiechów, łez, które poniekąd doprowadziły mnie do tego momentu w życiu. Czyli, czekając na rozwój wypadków, powoli zmierzam w stronę przekształcania strony w coś 'większego'

niedziela, 5 maja 2013

Modigliani

Niedawno pisawszy, a jednocześnie tak wiele się zmieniwszy:

DOSTAŁAM SIĘ NA STUDIA! To jest ta wiadomość, która zdecydowanie powinna stać w pierwszym rzędzie moich wspomnień, i to na długie lata. Jak udało mi się dostać do dosyć prestiżowej szkoły, i to w Danii - nie wiem. Pewne jest to, że już niedługo wyjeżdżam. Rozstanie z doczesnym życiem, rodziną, przyjaciółmi, psem, znajomymi, moim cudownym pokojem, książkami, salonem, sklepem i ciepłą podłogą w łazience będą najtrudniejszymi rzeczami, z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć. Zapakować całe życie w walizkę, to brzmi jak niezłe wyzwanie. Dobrze, że zawsze znajdzie się ktoś, kto mi pomoże. Jestem niesamowicie podekscytowana wizją siebie, obcego kraju i egzaminu z życia, na który nie każdy się decyduje.


Od kilku dni co rusz trafiam na zespoły, które natrafiają na taki mój grunt gustowy, że zapuszczają korzenie i nie chcą wyjść. Ciekawe czy to związek na dłuższą metę...




Skończyłam liceum. Jak się z tym czuję? Jak gdyby ktoś przytknął mi do czoła karteczkę z cytatem ze Scarface   - Świat należy do ciebie. I co ja mam ze sobą począć?






Love is like oxygen,
love lifts us up to where we belong.
All you need is love.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przedstawienie musi trwać.

Dzień zaczął się bardzo pozytywnie, rozmową z niezwykle miłym człowiekiem (swoją drogą, takie maniery u ludzi naszego pokolenia to przykra rzadkość). Potem kawa, śniadanie i codzienna prasa (kto jeszcze w moim wieku czyta gazety jakiekolwiek, nie wspominając nawet o Rzepie czy Gazecie Wyborczej?). Teraz komputer, kawa i prezentacja maturalna (co także jest rzadkością, takie osobiste pisanie, co tak naprawdę sprawia mi wielką radość, o dziwo hehe).
Plany na dziś? Trochę nauki, dokończenie rozpoczętego wczoraj Donniego Darko, przesłuchiwanie dwóch albumów Charliego Winstona na zmianę (Hobo i Running Still), napawanie się samotnością i brakiem jakichkolwiek widełek czasowych.

Tymczasem natrafiłam na alternatywny plakat jednego z kultowych filmów, których z pewnością nigdy nie zapomnę. Clockwork Orange, to jest dopiero kawał sztuki...


niedziela, 28 kwietnia 2013

Pitbull

Siedzę/leżę sobie właśnie w łóżku, słuchając muzyki, z niemocą uczenia się ze względu na wczorajsze zakończenie szkoły (to mniej oficjalne). Pustkę w głowie powiększa mi fakt, że właśnie skończyłam oglądać ostatni odcinek serialu Pitbull, który wydaje mi się być jedną z lepszych polskich produkcji kiedykolwiek. No i co ja mam ze sobą teraz zrobić?!
Przy okazji stwierdziłam, jedząc sobie świeże małosolne ogórki i leżąc w łóżeczku, że mi właściwie tutaj dobrze. I na ten moment najlepiej na świecie. Dlaczego ogórki? Bo ich zapach przypomina mi momenty, kiedy będąc u babci, otwierała ona ogromne słoiki z małosolnymi ogórkami właśnie. Taki powrót do przeszłości.


czwartek, 25 kwietnia 2013

Meholalot

Przerażająco jest siedzieć tutaj przed monitorem, kiedy za kilka godzin wpadniemy do szkoły tylko po to, żeby się pożegnać, pośmiać, wypić piwko lub trzy. Tak naprawdę kompletnie tego nie czuję, jakoś ciężko mi uwierzyć w tak szybki bieg czasu. I rzeczywiście, liceum niezaprzeczalnie było najpiękniejszym jak dotąd okresem w moim życiu. Tu znalazłam przyjaciół (prawdziwych i tych niekoniecznie), mentorów, odkryłam czym chcę się zajmować, poszerzyłam swoje zainteresowania do granic możliwości chyba. Ale gdybym miała wybierać swoją przyszłość jeszcze raz, czy zamieniłabym ją na jakąkolwiek inną? Z pewnością wyrzuciłabym kilka momentów z mojego życia, kilka bym zmodyfikowała, ale w ogromnej większości cieszę się ze wszystkiego, czego miałam okazję doświadczyć. I czuję się wdzięczna tym ludzikom, którzy sprawiali, że rzadko kiedy czułam się samotna. Bo przymusowej samotności nie lubię najbardziej.

Tymczasem generalne przygotowania do matury, która już niedługo ma zamiar się zacząć. Pełną parą, ale bez przesady - i tak świadomość przeciętnych wyników stopuje mnie przed chęcią głębszego poszerzania swojej wiedzy.




poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Shame 2011

Rzadko zdarza mi się taki stan, gdy podczas napisów końcowych moje ciało na chwilę zastyga, umysł nie potrafi powrócić do żadnych zdrowych czynności, oczy patrzą nie potrafiące na niczym się skupić. Ciężko mi wtedy wejść w starą rzeczywistość, trudno cokolwiek myśleć, cokolwiek zrobić. Czy to świadczy o tym, że film jest dobry? Z pewnością jest to jeden z wyznaczników geniuszu.
Takie katharsis odczułam właśnie przed chwilą, gdy wybrzmiały ostatnie nuty końcowego utworu w filmie Shame, Steve'go McQueena. Czytałam o nim wiele opinii, różniących się znacząco. Na co jednak warto zwrócić uwagę, są to kreacje głównych postaci w filmie, które niewątpliwie czarują i oddają stan bezsensowności. Co więc kontrowersyjnego w dziele? Ze względu na seksoholizm trzydziestoletniego Brandona, bohatera utworu, jest on napełniony wręcz scenami erotycznymi. Oczywiście, zawierają swoje piękno niekiedy, i z pewnością nie wydaje mi się, by był to film 'niesmaczny', jak to część internautów określiła.
Nie mam teraz siły, by analizować każdą z postaci grających, ale pewne jest to, że nigdy do końca nie wiemy, komu kibicować. Żaden z nich nie jest oczywiście dobry, oczywiście zły, czy nawet zły - pokrzywdzony, dobry - fałszywy. Każda kreacja jest kilkukrotnie złożona, każda minuta filmu odsłania nowe emocje, nowe dno. Nawet zakończenie jest inne - po prostu go nie ma, a punkt kulminacyjny kończy się o wiele wcześniej niż sam film.
Polecam każdemu o choć szczątkowym poczuciu współczucia, a niekiedy i bezsilności.



sobota, 20 kwietnia 2013

Welcome to the generation spent.

Często zdarza się, że w czasie podróży spotkasz osoby, z którymi zamienisz kilka lub nawet całkiem sporo słów, lub gdy połączy was wspólne narzekanie, czekanie, wspólny cel do osiągnięcia. Takie sytuacje niesamowicie zbliżają ludzi do siebie, mimo różnicy wieku, płci, narodowości, poglądów czy wartości życiowych. W większości przypadków polegają na wspólnym wsparciu, wyszukiwaniu najlepszych rozwiązań, podjęciu decyzji, tłumaczeniu w przypadku problemów z dogadaniem się. I wreszcie, po godzinie lub wielu z nich nadchodzi moment rozstania, i co wtedy? Mówimy do zobaczenia lub see ya, chociaż wiadome jest, że to spotkanie było jedynym w życiowej karierze.

I tak, wspólne przygody z minuty na minutę popadają w zapomnienie,  kolejni ludzie gdzieś przypadkowo stają nam na drodze, i przez całe życie chwilami polegamy na kimś totalnie obcym, kto ma ten sam interes. Tylko dlaczego tak trudno mi o nich zapominać? Każdy w jakimś stopniu wpłynął na moją osobowość, wniósł coś, od każdego czegoś się nauczyłam, przejęłam informacje, gesty, humor czy pewne zachowania. To moja słabość, która w relatywny sposób kształtuje część mnie. Everything has a mixed blessing. Ale to doskonale odróżnia mnie od tych, którzy przez życie idą, szybko zapominając o czymkolwiek, co działo się nie będąc w grafiku zajęć.






czwartek, 18 kwietnia 2013

Here we are.

Mija właśnie prawie czwarta godzina, odkąd wsiadając we Wrocławiu w pociąg Przewozów Regionalnych miałyśmy przed oczami smaczek przygody i ekscytacji. Na szczęście polskie koleje postanowiły spełnić nasze marzenia o nieprzewidzianych problemach, i tak, zamiast 7-godzinnej podróży, los dołożył nam dodatkowe 9. Pełne rezonu jednak, nie poddajemy się w parciu do naszego wspaniałego domku, i staramy się pokonywać z dumą i podniesioną głową coraz to nowe utrudnienia. I chociaż telefonowe baterie już dawno odmówiły posłuszeństwa cały czas stać nas na żarty i jakąś tam dozę zabawy (właśnie wpadłyśmy na pomysł podładowania ich za pomocą natbooka, co było zgoła genialne).
Tak! Telefony już działają, a my, pełne nadziei i nie tracąc fasonu pędzimy niczym wiatr, szkoda, że przez każdy chyba zakamarek Polski, którego nie miałyśmy w planie odwiedzać.



12hrs left.


POLSKO, KOCHAMY CIĘ!

Na szczęście w pociągu panuje względna atmosfera, ludzi nie ma aż nadto, mamy pełne finansowe zabezpieczenie, stan psychiczny też jakoś nieźle, także narzekać mogę tylko na absolutnie niedopuszczalny stan toalet. Dobrze, że wcześniej już byłyśmy mentalnie przygotowane na tego typu "wypadki", a cała nasza podróż podyktowana jest tylko przez humorzasty i kapryśny los.

Pięknie zachodzące słońce towarzyszy nam przy wjeździe do Poznania.


Czyż ni widać szczęścia wymalowanego nam przez los na twarzy?


WrocLOVE vol. 2

Siedzę właśnie w jednych z najpiękniejszych kawiarni, jakie miałam okazji zwiedzić. Położona dosłownie dwie minuty drogi od naszego hostelu, pięknie odcina się od szarych budynków niebieską fasadą. W środku, obok nowoczesnego wystroju czuć można nutkę orientalnego wkładu. I tak, wchodząc na pierwsze piętro zastał nas niesamowity widok bieli i oszałamiająco strojnych ornamentów, jakby żywcem przeniesionych z Dalekiego Wschodu. Samo śniadanie było równie zapierające dech w piersiach co otoczenie.
Za godzin dwie czeka mnie najważniejsze wydarzenie dotychczasowego życia.
Ekscytacja, strach, wymieszane, a ja czuję się jak dziecko kradnące cukierki z kredensu babci.







wtorek, 16 kwietnia 2013

Hello WrocLOVE!

Już całkiem niedługo znajdę się w tym pięknym mieście, z powodu całkiem niekoniecznie wspaniałego, aczkolwiek niesamowicie ważnego wydarzenia.

:) szczegóły wkrótce

wtorek, 9 kwietnia 2013

# expetations

Another day, spent absolutely with myself, rather alone and generally with art in full meaning of the word (of course adding to that spending whole day AT home).

Absolutely can't wait to my next-week trip to the city I've never been to, for couple of days, to the hostel full of foreign people, with a friend I love. It would be like the rain, puryfing me from everything I don't need to carry anymore. And also like the prelude to my future, totally undependent life.

backyardbill.com

niedziela, 7 kwietnia 2013

Where can I buy happiness?

Alright, although I should rather sit with the book in my hands, I can't deny that writing a few words here will escape me for a little moment and I hope it'll be like a therapy for me, my soul, my mind.

This weekend was rather special. I've fallen in love TWO times! (I should be more careful, especially that I'm having bad memories connected to falling in love recently, but who cares?). Firstly, there is a British guy, singer whom first time I've heard on the radio station, with good music only (funny, isn't it? Polish GOOD radio :D). Charlie Winston has amazed me so much, that I'm listening to him all day, all night. Maybe that's the reason of my neverended energy those days? He is utterly dazzling! Like an answer of some 'art god' who wanted to show me that life doesn't stop if something went wrong. And that is exactly what I feel while listening to that piece of music.


Secondly, I fell in love with photos taken by Backyard Bill. I hit on his art and suddenly felt that it is actually mine. Absolutely for me. No words to describe.

http://www.backyardbill.com/
If anybody may see the phenomen too, let me know. Average people, normal situations. But there is something undescribable, which cannot be found.

These two above make me full of... what? Energy, happiness, time, dreams, will and forgiveness.
I wish everybody had the same 'feelings' (?)'. Or things that make ones just happy, for a while or two. Or for ever :)

Cheers!

niedziela, 31 marca 2013

Everything counts

Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam problemy z zaśnięciem. Może to reakcja na przeczytaną przed momentem lekturę, Tysiąc dni w Wenecji. Być może dlatego, że zjadłam dziś więcej niż razem przez ostatnie dwa tygodnie. Wreszcie, być może wytłumaczeniem jest zdanie sobie sprawy, poraz kolejny w życiu, że 'niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie', życie to poszukiwanie piękna, a sztuka rozprasza samotność, ot co.

Mam nadzieję, że zimowe, lecz jak na ironię kwietniowe powietrze przyniesie mi sen, chęć przetrwania da mi siłę, a pragnienie pozostania kimś niezależnym - odwagę. Z czym, w tym momencie brakuje mi tylko snu, w końcu jest późno, a ja spędziłam absolutnie wyczerpujący dzień pełen jadła i napitku.
Wszelkie sprawy świąteczne w tym roku na bardzo drugi plan. Tak dla odmiany. Lub, jakby to określił mój osobisty tata, z lekką nutką dekadencji.

czwartek, 28 marca 2013

środa, 20 marca 2013

Will I know

Siedzę owinięta w koc, obok siebie mając stos rzeczy, które muszę zrobić, najlepiej na wczoraj, a ja przecież absolutnie nie mam na to siły. Staram się przezwyciężyć własne słabości, poczucie bezsilności, które wyżera mi calutką radość, a to całkowicie bez sensu.


Minie, pewnie, że minie. Byle jak najszybciej. I najlżej. I jak najciszej.






I don't feel like I'm falling, I'm up against the sky,
I said I'd taken it all in to make the good life,



poniedziałek, 18 marca 2013

White Lies




Przeglądając zdjęcia Mariano di Vaio, jego blog, Instagram, z cieknącym nosem i bólem głowy, słuchając Paolo Nutini, próbując zapomnieć. Można? Można! Tak mi się zdaje...

"Ostatnio", całe to ostatnio zeszło się na modułowo powtarzanych do granic wytrzymałości ludzkiej czynnościach, które swoją drogą dawały mi mnóstwo satysfakcji i zabawy.

Nowy pomysł na włosy kiełkujący od kilkunastu dni, dzisiaj nabrał nowego znaczenia. Że teraz, zaraz, bo nie wytrzymam.

Niecierpliwość tyczy się nie tylko włosów, także mojej przyszłości. Oswoiwszy się z maturą i jej komponentami, chciałabym już mieć ją z głowy. Nie tyle dlatego, że się jej boję, po prostu już mi się nie chce. Lekko zadziorne, aczkolwiek lepiej tego nie ubiorę w słowa. Zwyczajnie zbyt dużo o maturze bez matury, co z kolei doprowadziło do przejedzenia się tematu.

Relatywnie to mi dobrze :)

wtorek, 19 lutego 2013

Internal Landscapes

Wobec ostatniej niepłodności słownej byłam całkowicie bezsilna. Nie potrafiwszy się powstrzymać od nie zaglądania tu, osobistej tymczasowej klęski, obrazu opustoszałego i porzuconego, w końcu wpadłam na pomysł, dlaczego nie pisałam.  Nie dlatego, że nic się nie dzieje. Ani nawet dlatego, że ferie spędzam pod znakiem przebywania w domu (co, notabene, jest dla mnie bardzo przyjemne). Nie pisałam tu, bo się boję. Opowiadać, wspominać. Być ze słowami sam na sam, bez osoby trzeciej, do której zwykle były one skierowane. Coś jeszcze mnie blokowało. O gryzącym dymie, wpakowanym w bibułki i sprzedawanym po 11,90zł za paczkę. Dopiero po kilku oddechach potrafiłam zebrać myśli, aby pomóc sobie, swojej duszy, swojemu sercu, odbiciu w lustrze.
Ostatnio, całe to 'ostatnio' zlało się w jeden moment. Nie oceniam, czy źle to, czy też nie, po prostu niekomfortowo. Nie czuję się na siłach by udźwignąć przyszłość. Dlatego w ogóle nie pozwalam sobie o tym myśleć. Jakieś takie nostalgiczne nastroje wepchnęły się bez pytania w moją psychikę, całkiem wygodnie się tam usadawiając patrzą, jak doskonale zmieniają mnie całą. A mi było dobrze, tak jak zwykło bywać. Prosto, bez polotu i finezji, patosu i kilku określeń pomiędzy.

Coś się dzieje, czuję to w kościach i w powietrzu też.

Czyżby znalazł się Ktoś? Ten Ktoś?

Pan Lec z przekąsem zapewne powiedziałby teraz
Łamana kołem szczęścia.

niedziela, 17 lutego 2013

Moby Dick

Ostatnio jakoś większość rzeczy, które były mi bliskie, rozmazują się.





A jednocześnie nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi z tym tak dobrze...

wtorek, 12 lutego 2013

Californication.

Being asked about the most peaceful and amazing place, almost everybody would describe spot connected to the childhood. For me it was somewhere, where I could feel safely in every situation.

This place  still exists, even though mostly in my memory. I am tightly attached to it, although it has been long years since my last visit there. Primarily because of changing, recent rennovation and totally new atmosphere. It was the place, dark room, where my beloved grandfather was writing and practising his trumpet playing, where I was taught  by him the sense of art since I was four.

He was my best friend and I always even after his death, had been coming back to the cabinet with a leather chair, loads of notes, music playing from the player, the massive desk and his glasses laying always not in the place he had left them.

My memories ane slowly vanishing and someday I will realise that this place exists only for a few years more and then will be vagued completely. Now, instead of the cabinet there is just a living room and the desk was replaced by new, super-modern TV. Fortunately, he can't see it.

wtorek, 29 stycznia 2013

Satisfy me.

Całkiem poważnie zauroczona Anathemą marznę, siedząc w pokoju z otwartym oknem, co to wszystkie zarazki i zaduch wynieść powinno. Z tym, że ja chyba musiałabym wyjść osobiście z tego pokoju, sama nie wiem.

Tak, choram znów, i nikt nie wie na co. Najprędzej wydaje mi się, że 'na głowę', bo wczorajsze załamanie ze wszelakich radości przerażało. I to nic, że właśnie pożegnałam ludzi, którzy na kilka godzin przynieśli mi ukojenie z samotności, być może zawsze przeraża mnie powrót do rzeczywistości.

Czy to wszystko, co chciałabym zakomunikować? Wydaje mi się, że mam milion słów do ułożenia w chorej głowie, tylko po to, żeby się wykrzyczeć (klawiaturowo, bo gardło aktualnie nie domaga).








poniedziałek, 28 stycznia 2013

The Cigarette Duet.

"Czemu światła nie widać w świetle, tylko w ciemności?"

"Kto to ryzykuje – nie ma odwagi.
Kto tego nie ma czuję się dobrze.
Kto to ma jest skrajnie biedny.
Kto odniósł sukces – ten zostanie zniszczony.
Kto to daje – jest twardy jak głaz.
Kto to kocha – zostaje sam."

Zakochana w Instytucie Benjamenta (no i w Marku Rylance, rzecz wiadoma).























Już niedługo o...

sobota, 26 stycznia 2013

The story.



Ewan miał już dość bycia ofiarą. Pomimo, iż chyba tylko on sądził, że nią rzeczywiście jest, próbował zamienić się w każdego pojedynczego człowieka na ziemi. Brutalnego, bez moralności i zasad. Bez przerwy rozmyślał o tym, jak ze zwykłego, spokojnego chłopaka stać się „kimś”. Czyżby miał jakieś kompleksy? Tak naprawdę, chciał nauczyć się żyć według określonych zasad. Ba, te zasady już po pewnym czasie wessały jego delikatny charakter, swobodę wypowiedzi i pozytywne usposobienie. Wyobrażał siebie jako przyszłą osobę na stanowisku, menagera, prawnika, czy nawet prezesa banku. Wczytywał się w każdych kilka linijek tekstu wychwalających nowoczesny tryb życia, choć tak naprawdę nikt tego nie doświadczył. Czyżby po prostu miał dosyć smutnego życia prowadzonego z dala od cielesnych uciech, które stanowiły jedną z najważniejszych w jego wyidealizowanym świecie. Za to uwielbiał te bardziej wymagające, co po jakimś czasie zrobiło z niego całkiem niezłego myśliciela. Oczywiście nie na miarę Konfucjusza, ale przecież to samo przyjdzie. I jak na „dorosłego” człowieka przystało, Ewan już w krótkim czasie mógł pochwalić się niezliczoną ilością ukrytych gdzieś głęboko w jego umyśle scenariuszy życia perfekcyjnego. I ażeby za bardzo go nie szufladkować, Mężczyzna, jako człowiek pewny swojej erudycji uzyskał efekt całkiem podobny do zamierzonego. Jako „jeszcze doroślejszy” spełniał jedno po drugim swoje marzenia, by w końcu dojść do takiego punktu, który często pokazywany w filmach lub powieściach jako punkt zwrotny. Otóż, wcale tak nie było. On nie z nudów  przecież, bo miał większość rzeczy których pragnął. Bynajmniej było to zmęczenie, a tym bardziej znużenie życiem. Co go do tego zmusiło? I aż śmiać się chce, jeżeli odpowiedzią było uczucie. Powierzchowne, niezbyt dokładnie określone, teraz pewnie nazwałoby się to miłością. To uczucie, wrażliwe i tępe, do nieznanej istoty raz na zawsze zmieniło jego ugruntowany światopogląd. Wciąż, raz po raz, zadając sobie pytanie dlaczego właściwie go to dopadło szukał także odpowiedzi do kogo to uczucie było skierowane. Głowił się nad tym przez niezliczoną ilość godzin i prawdę mówiąc, był nieźle tym zasmucony.
I tak kroczył przez kolejne lata, wciąż nie odnajdując odpowiedzi na pytanie, które postawiło mu życie. Szukał zażarcie, myśląc, że miłość to uczucie, które czuć powinno się do ludzi, zwierząt, no, ewentualnie martwych, bez uwzględnienia ustanowionego prawa. On wszakże miłość czuł do książek, swojego roweru i swojego ulubionego filmu. Do czasu, oczywiście.









Takie oto opowiadanie wypłynęło bezboleśnie z mojej głowy  7 października 2012 roku, ukrywając się jak dotąd skutecznie. Przeczytawszy to po raz pierwszy w życiu odniosłam wrażenie, że to jakby wcale nie moja pisanina. A jednak.

niedziela, 20 stycznia 2013

Prom.


Najwspanialsza studniówka świata!

To była naprawdę niesamowita noc, pełna tańców, radości, zabawy i alkoholu.


Niezapomniana noc, niezapomniane wrażenia.

sobota, 12 stycznia 2013

Hope.

"Ukradnięte" postanowienie noworoczne -

"I want to think more, feel more, see more and do more than ever."


Weekend zaczęty przyjemnie już wczoraj, dzisiaj powrót do priorytetów - historia i matematyka. Chyba zacznę od tego drugiego, zwłaszcza, że jakoś mam mniejszą pewność co do mojej wiedzy. 

Studniówkowa sukienka odebrana. Uwielbiam jej delikatny materiał, miękkość, wytworność i cudowne ułożenie przy każdym ruchu. Długa, nietypowa, niecodzienna. Mam nadzieję,że uda mi się przechwycić choć odrobinę mojego stylu do całej stylizacji.


Zakochałam się w tym zdjęciu...

środa, 9 stycznia 2013

Lover of the light.



Melodia, z którą spędzam ostatnie noce czekając. Na kogoś, na coś, czego zdefiniować nie potrafię, ale świetnie wychodzi mi o tym śnicie, marzenie, rozpływanie się w czeluściach nieodkrytych przestrzeni. Coraz częściej zdarza mi się popadać w limbo, wznosić się ponad wszystko, zawieszać, trwać w otchłaniach i śnić. Przy bólu i niepamięci, przy tęsknocie za pięknem, pamięci o tym, czego jeszcze nie było.
Pragnę, by było jak jest. Zawsze, kiedy wyłapię jakiś dobry okres życia, humor psuje mi tylko świadomość, ze to zaraz, za chwileńkę, za ułamek sekundy zniknie zostawiając mnie na zawsze z najokropniejszą wersją samej siebie. Ale to trwa, doprowadzając mnie - niepewną - do szału.

niedziela, 6 stycznia 2013

Wszystko, co kocham.

Cały weekend spędzony z książką na kolanach, biurku, w rękach, gdziekolwiek byleby przed oczętami. Jestem z siebie niesamowicie dumna! Historia, matematyka, WOS, angielski, wszystko co chciałam - zrealizowane. Teraz tylko dokończę kilka zagadnień z historii na jutro, pobawię się matematycznymi zadaniami i zmykam do oglądania filmów.

Tak to wyglądało w piątek w nocy (weekendowe plany :D):
Prawie wszystko już dzisiaj za mną, po około 20 kubków kawy, kilkunastu ciastkach (bleee), pizzy i 3l wody. Witaj, egzaminie dojrzałości!

środa, 2 stycznia 2013

Incommunicado.

Nieustannie w głośnikach Incommunicado, w głowie pustka, na biurku historia i matematyka, na komuikatorze kilka osób. Boję się, że wszystko jakoś jeszcze bardziej się złoży, dosyć niespodziewanie krzyżując mi plany.

Sometimes it seems like I've been here before 
when I hear opportunity kicking in my door
Call it synchronicity, call it Deja Vu 
I just put my faith in destiny -- it's the way that I choose


Sylwestrowy szał już za nami. Na szczęście, bo to zrujnowało stan mojego zdrowia doszczętnie, do teraz nie pozwalając mi funkcjonować z energią, którą bym chciała mieć. Co najważniejsze - impreza udana, obrażenia dostateczne, nowe znajomości, czyli zaliczam do udanych. Do tego okazyjnie kupiona bluzka z Top Secret. Dziwne, że akurat stamtąd, bo na kilka dobrych lat rozstałam się z tym sklepem, a tu nagle coś w moim stylu. No skoro tak...

W tym roku postanowienia noworoczne to przede wszystkim ich brak. Są tylko marzenia, których istnienie nie determinuje powstania jakichkolwiek. Bo te pozostaną, a postanowienia umrą, zduszone w natłoku fałszywych myśli mających podstępnie je zabić.