poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Shame 2011

Rzadko zdarza mi się taki stan, gdy podczas napisów końcowych moje ciało na chwilę zastyga, umysł nie potrafi powrócić do żadnych zdrowych czynności, oczy patrzą nie potrafiące na niczym się skupić. Ciężko mi wtedy wejść w starą rzeczywistość, trudno cokolwiek myśleć, cokolwiek zrobić. Czy to świadczy o tym, że film jest dobry? Z pewnością jest to jeden z wyznaczników geniuszu.
Takie katharsis odczułam właśnie przed chwilą, gdy wybrzmiały ostatnie nuty końcowego utworu w filmie Shame, Steve'go McQueena. Czytałam o nim wiele opinii, różniących się znacząco. Na co jednak warto zwrócić uwagę, są to kreacje głównych postaci w filmie, które niewątpliwie czarują i oddają stan bezsensowności. Co więc kontrowersyjnego w dziele? Ze względu na seksoholizm trzydziestoletniego Brandona, bohatera utworu, jest on napełniony wręcz scenami erotycznymi. Oczywiście, zawierają swoje piękno niekiedy, i z pewnością nie wydaje mi się, by był to film 'niesmaczny', jak to część internautów określiła.
Nie mam teraz siły, by analizować każdą z postaci grających, ale pewne jest to, że nigdy do końca nie wiemy, komu kibicować. Żaden z nich nie jest oczywiście dobry, oczywiście zły, czy nawet zły - pokrzywdzony, dobry - fałszywy. Każda kreacja jest kilkukrotnie złożona, każda minuta filmu odsłania nowe emocje, nowe dno. Nawet zakończenie jest inne - po prostu go nie ma, a punkt kulminacyjny kończy się o wiele wcześniej niż sam film.
Polecam każdemu o choć szczątkowym poczuciu współczucia, a niekiedy i bezsilności.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz