sobota, 29 grudnia 2012

Incubus



Sobotnie przesiadywanie w domu okazało się jednym, z najbardziej przyjemnych od dawna. Wczorajszy wypad zresztą też nie był zły.
Niestety, całkiem przyziemne lekkie załamanie trochę zbiło mnie z tropu. Nie odpuszcza, daje znać o sobie w niektórych chwilach, mocniej czy lżej, ale zawsze równie bolesne.




Zauroczona nowymi filmami, serialami i książkami jestem właśnie po pierwszym sezonie poleconego mi przez znajomą serialu Flight of the Conchords. Uwielbiam niecodzienny, całkiem ciekawy humor, brak cudów i aspekty codziennego życia.


środa, 26 grudnia 2012

Tumble down the years.

Dzisiejszy dzień był bardzo dobrym dniem. Szybko zleciał, bo i szybkie tempo nadaliśmy. Teraz, siedząc z najzwyklejszą lurowatą herbatą na świecie podsumowuję ostatnie działania, które notabene na złe nie wychodzą.



wtorek, 25 grudnia 2012

Mis deseos.

Wracając dziś nad ranem do domu, pomyślałam, że już drugie święta spędzam w dosyć niekonwencjonalny sposób. Warto jest świętować cokolwiek (w moim przypadku narodzenie kogokolwiek jest dosyć umowne), kiedykolwiek i jakkolwiek, chętnie się przy tym dzieląc i ciesząc.

Dzisiejszy dzień także zapowiada się bardzo miło ze względu na obiad, który miał być zjedzony w wąskim gronie rodzinnym, jednak gościnność zakazuje przypatrywania się bezsensownej samotności, dlatego zjemy go w powiększonym chyba do granic możliwości składzie.
Te święta są jakieś wyjątkowe, albo czy tylko ja to czuję?


niedziela, 23 grudnia 2012

Cold December Night



 Uwielbiam swój przystrojony pokój, cudowną atmosferę świąt i to ciepło. Z włączonymi świątecznymi utworami Michaela Buble, świeczkami o zapachu wanilii, marcepanowym latte mogłabym siedzieć i siedzieć godzinami. Niestety, moje oczy nie mogą powiedzieć tego samego, dlatego uciekam do spania za chwileńkę. Czuję, że to będą najpiękniejsze święta mojego życia jak dotychczas...









środa, 19 grudnia 2012

King Charles - Loveblood




Czy jest na świecie ktoś, kto imponuje mi swoim stylem, lekkością bycia, skromnością połączoną z elegancką wystawnością? Jakaś istota, która ma niezwykły talent, a wykorzystując go daje radość innym.
Jakiś czas temu pisałam o wykonawcy King Charles. Ten interesujący 27-latek z jeszcze bardziej oryginalną fryzurą robi oszałamiającą karierę nie tylko w Wielkiej Brytanii, gdzie się urodził. Jego niedawny debiutancki album wydany w maju tego roku okazał się na tyle dobry, że powoli odkrywają go mieszkańcy całego świata.






Ja odkryłam Charlsa Costę (bo tak nazywa się naprawdę) w wakacje, kiedy dosyć często w radiowej III PR leciał jego przebój Lady Percy.

Jak mogłabym określić jego muzykę?
Skłaniającą się w stronę bardzo melodyjnego folk-popu, alternatywy i indie, lekką, ale dosyć złożoną technicznie i zróżnicowaną rytmicznie. Do tego świetne, niekiedy ironiczne i metaforyczne teksty, które składają album Loveblood jako jedną, idealną całość.
Co pociąga mnie w tym człowieku?
Przede wszystkim jego styl. Uwielbiam nieco pompatyczne i eleganckie stroje, ciekawi mnie dobór dodatków i ekspresja samego siebie poprzez nietypowe elementy. Zauważyłam wielkie podobieństwo między nami, szczególnie w miłości do kołnierzy, sztybletów, eleganckich skórzanych butów, swetrów, marynarek i koszul.




Reasumując, polecam posłuchać muzyki tego człowieka, być może stanie się pewnego rodzaju inspiracją, bodźcem do kreatywności czyjejkolwiek.















niedziela, 16 grudnia 2012

Soro

Weekend spędzony w tendencyjnie świetnym towarzystwie.
Jego resztkę spędzam odpoczywając w domu, ciesząc się z nadchodzących świąt (a przede wszystkim kilku dni wolnych od szkoły). Za każdym wspomnieniem o tym szczególnym czasie przepełnia mnie dziecięca niecierpliwość, która chyba nie tylko we mnie odradza się nawet w wieku, w którym być może "nie wypada".

Aktualnie, siedząc na fotelach i kanapach, wśród przyjemnego, przytłumionego światła lamp, pozornie zajęci własnymi sprawami, oglądamy koncert Salif Keity na TVP Kultura. Ciekawa jest czasem ta odskocznia od codziennej muzyki i wsłuchanie się w nuty "afro-popu", jak to określiła Wikipedia.


Człowiek znany nie tylko z bycia najbardziej znanym albinoskim muzykiem, ale również z pełnych ciepłego słowa otuchy tekstów jego wspaniałej muzyki. Pobieżnie przestudiowana biografia mężczyzny (przede wszystkim jego Best World Music Award w 2010 roku) pokazuje, że nie tylko mi przypadła do gustu jego twórczość. Polecam wszystkim powtórkę koncertu z 1995 roku w Niemczech.
Widać, warto czasem przeprowadzić świadomą i stymulowaną odskocznię od trudów dnia codziennego i po prostu wsłuchać się w coś totalnie innego, zobaczyć to przyjemne skupienie na twarzach muzyków, ich chęć do improwizacji, radość z występowania przed publicznością.


wtorek, 11 grudnia 2012

TeenVogue

No, na szczęście te prognozy były tylko czcze, dzień udał się bardzo wspaniale :) Oprócz moich osobistych, matematycznych sukcesów cały dzień był pełen śmiechu i pewnych miłych zbiegów okoliczności. Mimo fatalnego startu z ulgą przyznaję, że te przyjemne incydenty całkowicie go zrekompensowały.

Ciągle zastanawiam się nad wyborem dodatków do studniówkowej kreacji. Boję się przesadzić, jednocześnie łącząc kolory w poczuciu dobrego smaku, w stylu glamour i haute couture. Chciałabym wyglądać elegancko, ale nie staro, bogato, ale nie snobistycznie. Bardzo trudno wyważyć jest ten moment przekroczenia linii, często dla wielu zbyt cienkiej. Do czarnej, długiej sukienki zdecydowałam dobrać granatowe/fioletowe/srebrne dodatki. Na pewno wybiorę dwa spośród tych trzech kolorów. Zobaczymy, co wyjdzie z moich zapatrywań na styczeń:)


Wczoraj przyszedł wraz z panem Kurierem mój prezent mikołajkowy! Jest to książka wyd. Znak "Sukces według Teen Vogue. Praktyczne porady tych, którzy rządzą światem mody".
"Niezastąpiony poradnik dla wszystkich, którzy chcieliby pisać o modzie, projektować, stylizować albo fotografować modę. Albo robić cokolwiek innego związanego z modą"

Anna Wintour

źródło: weheartit.com
 W jeden dzień przeczytałam połowę wywiadów, które niesamowicie oddały ducha pracy nie tylko projektanta, ale i stylisty, fotografa, redaktorki lub blogerki. Szkoda, że często brakuje mi odwagi, by zacząć robić cokolwiek w tym kierunku, rozwijać się, myśleć o modzie nie tylko jako hobby, ale i także przyszłej karierze. Na szczęście po przeczytaniu już kilkudziesięciu stron tej książki czuję się silniejsza. Zobaczymy, co będzie na końcu.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

The worst day. EVER.

Tak oto zaczął się najbardziej pechowy dzień z mojego życia:
Około 5:00 rano obudziłam się w ponadprzeciętnie złej kondycji fizycznej oraz marnym stanie zdrowia. Nie zaszkodziło to jednak, po porcji tabletek i szklance wody położyć mi się jeszcze w ciepłym łóżeczku na godzinkę, żeby "dospać" zmęczenie. Byłam pewna, że wstanę około 6:00, zdążę przygotować się do szkoły i ogólnie spędzę miły dzień. Niestety, obudził mnie głos mojego ojca pytającego, dlaczego o 7:00 jestem jeszcze w łóżku (tak, zaspałam). Nie byłoby w tym nic BARDZO strasznego, gdyby nie fakt, że obudziłam się prawie z atakiem serca i drżącymi rękami mając jeszcze przed oczami najstraszniejszy (i bez wątpienia najb a r d z i e j realistyczny) sen mojego życia. Szczegółów zdradzać nie będę, ale nigdy w moich snach tak perfidnie nie przedstawiono żadnych moich fobii i lęków, jednocześnie odsuwając ode mnie przyjaciół i znajomych tak, abym została z nimi tylko ja sama. Do teraz na samo wspomnienie serce zaczyna jakby szybciej bić. Chcąc zapisać szybko moje senne wspomnienia, jak to zostało polecone w książce Jak zostać pisarzem, skorzystałam z telefonu, ponieważ nie posiadałam nic innego pod ręką. Kończąc już swoją wypowiedź stała się kolejna, smutna rzecz. Telefon odmówił mi posłuszeństwa, a kolejny reset tylko pogorszył sprawę. Tak więc zostałam bez telefonu, spóźniona na lekcje i z marną kondycją zarówno fizyczną jak i psychiczną.
Czy jest jakakolwiek pozytywna strona tego dziwnego, śmiesznego zrządzenia losu? Pewnie tak, ale ja o tym dowiem się dopiero po jakimś czasie. Kolejno, wszystkie urządzenia elektroniczne, układ immunologiczny odmawiają mi posłuszeństwa, a ja? Siedzę i narzekam, bo tylko to mi pozostało.

Stadium Arcadium.

Siedząc przed matematyką i stosem innych, baaardzo ciekawych i zajmujących powinności napadła mnie nieodparta ochota na pisanie. Jako, iż robienie zdjęć jest chwilowo utrudnione z racji braku odpowiedniego programu na zastępczym komputerze, muszę radzić sobie z tymi, które znajduję w czeluściach nieprzepasanych, internetowych schowkach.

Z kakao w ręce jednej, mając pudło chusteczek w ciągłej gotowości sprostania wymaganiom mojego kataru i jego przyjaciół, kaszlu, bólu głowy i gorączki, staram się wciąż i wciąż być na tyle aktywna, na ile pozwala mi uporczywe pieczenie podrażnionej skóry nosa (który swoją drogą trochę za wcześnie, bo jeszcze przed świętami, jest czerwony jak u Mikołaja, renifera ). 

Jak zwykle, kiedy ogarnia mnie bezkresne poczucie bezsensowności studiuję sobie (we własnym zakresie zdolności, rzecz jasna) obrazy Salvadora Dali'ego, czytam po raz tysięczny Myśli nieuczesane, jednocześnie słuchając Gogola Boredllo.
Do tego, wczytałam się w Sto lat samotności, Marqueza, które wciągnęło mnie do tego stopnia, że pomimo zmęczenia czytałam je pół nocy, drugie pół nie mogąc zasnąć.


Przeglądając dziś jakąś stronę internetową natrafiłam na trasę koncertową brytyjskiego muzyka, który dumne nazwał się King Charles. Poznałam jego muzykę w wakacje za sprawą Programu Trzeciego Polskiego Radia i od razu spodobały mi się jego podejście do muzyki instrumentalnej, folkowych porywach i ciekawej, rzadko spotykanej kreacji scenicznej. Marzeniem mym pojechać na ten koncert do samego Londynu, ale niestety, ani to czas odpowiedni, ani miejsce pobytu, dlatego poczekam sobie, aż kariera zagoni go aż do Polszy, którą być może odwiedzi (kiedyś).

niedziela, 9 grudnia 2012

The way you make me feel.

Niedziela. Przez połowę tego pięknego (serio?) dnia próbowałam dostać się do domu, kolejne godziny spędziłam na odsypianiu oraz doprowadzaniu się do porządku. Jak skończyłam? Z kubkiem pełnym herbaty z gorzką cytryną, siedząc przed komputerem, oglądając bzdurne filmiki. W końcu postanowiłam wziąć się za coś lepszego (skoro moje własne, napisane na kartce, niedzielne plany raczej n i e wypalą, tj. 8 tematów z historii, notatka na blogu , nauka do sprawdzianu z biologii i matematyka). Trochę rozczarowana jestem sobą także na polu zdjęciowym, wczorajsza pogoda była idealna do stworzenia czegoś pięknego, ale zabrakło mi czasu. 
No cóż, zakatarzona mam nadzieję dokończyć posta, obejrzeć jakiś stary odcinek Plotkary, pograć w CS'a i iść do łóżka. Najlepiej na cały tydzień.


Ostatnio nasila się we mnie uczucie, że im bliżej matury, czym bardziej zbliża się czas tego ważnego wydarzenia, ja czuję się coraz słabsza. W porównaniu do marzeń z poprzednich lat absolutnie nie widzę siebie teraz jako studenta wyższej polskiej uczelni. Może to tylko z tytułu zimowej melancholii. Albo po prostu znudzenia. Być może przerażenie tym, że miałabym utknąć w czymś, czego nie lubię, z ludźmi których nie znam, bez przyjaciół, bez perspektyw odsuwa mnie od prawdziwego powodu, dla którego chciałabym studiować. Marznę.




środa, 5 grudnia 2012

What's new in December?



 Podsumowanie listopadowych wyzwań tuż przede mną.


- zapoznać się bliżej z filmami Ewy Ch.  
(tutaj niestety brak mi pola do pochwalenia się swoimi osiągnięciami, Ewę porzuciłam niestety dawno temu. Najgorsze, że nie widzę kolejnego podjęcia się próby...)

- przeczytać CO NAJMNIEJ jedną książkę Agaty Christie  

 (zrobione! "Niemy świadek", jak zawsze genialna:)
- przeczytać dodatkowo inną dowolną książkę (pewnie będzie to Dziennik norymberski)   
(przeczytałam tylko Jądro Ciemności, co nie było wielkim wyzwaniem, ale za to nadrobiłam zaległości w magazynach modowych, wnętrzarskich, politycznych itp.)

- czerpać przyjemność z wieczornych wypadów wtorkowych (i przede wszystkim uczęszczać na nie)
 
(to rozleciało się z kilku przyczyn, niestety)

- obejrzeć co najmniej 3 filmy, które obejrzeć powinnam była dawno temu 
 
(obejrzałam Sprawę Gorgonowej, Żółty szalik, Cyrk Motyli, Przerwaną lekcję muzyki, Skyfall i Francuski numer. Pozycje może niezbyt topowe w moim rankingu, ale nie powiem, że złe)

- uczyć się historii (matura nie zając, ale jednak zdać ją jakoś trzeba) + plan na listopad - średniowiecze
 
(średniowiecze listopadowe totalnie nie wzięte do serca. Efekt - niesamowite zaległości)

- spędzić te kilka dodatkowych urlopowych dni zagranicą jak najowocniej
 
(ooo tak :D)
- zaprzestać przyjaźni z P. Junky Food 
(listopad zdecydowanie był tym miesiącem, który odepchnął mnie od tego pana z całkowitym sukcesem)




Grudzień właściwie już troszkę w połowie jakby, ale nigdy nie wolno szukać sobie bocznych furtek:

- kolejna książka Agaty Christie
- przyłożenie się do historii
- matematyka, matematyka, matematyka...
- studniówkowa sukienka!(i buty, i torebka, i fryzura, i kolczyki, i bransoletka, i miljon innych rzeczy)
- DOGŁĘBNE (i kilkukrotne) przeczytanie zamówionej książki - prezentu mikołajkowego
- w Nowy Rok wejść z większą pewnością siebie 

Love lust

Konkurs poszukiwań sukienkowych jak na razie odroczony z powodu braku materiału do pracy. Trochę żem została rozczarowana takim nastawieniem sklepów sieciowych na sprzedawanie łatwe, tanie i marnej jakości (przy okazji baaardzo słabego wyboru i rozmaitości). Z drugiej strony niektóre propozycje wydawały mi się być niesamowicie pięknymi propozycjami i zachwycającym dbaniem o klienta. Pozostało jednak jeszcze całkiem sporo czasu na przeszukiwanie źródeł inspiracji oraz sklepów.






Tak mi się zebrało na niedawne wspomnienia.
Poza tym, dzisiejsze TOFFENUT LATTE (polecam absolutnie wszystkim na zimowe dni) wprawiło mnie w cuuudownie świąteczny nastrój, przy okazji "zasładzając" mnie na kilka kolejnych godzin. Cóż, zawsze to miłe pocieszenie nieudanych zakupów (choć, co prawda udało mi się załapać na listopadowe wydanie Filmu).

Teraz, całkiem niechętnie, zabieram się do historii, w duchu przeklinając moje lenistwo starać się będę nadrobić stracone godziny na opierniczaniu się.

wtorek, 4 grudnia 2012

Wielozadaniowi.

Można jeść przy muzyce, uprawiać jogging przy muzyce, zasypiać przy muzyce lub budzić się przy niej - ale czy da się przy muzyce słuchać muzyki?
Na te słowa natrafiłam całkowicie przypadkowo, biorąc w ręce Gazetę Wyborczą, a raczej jej jedną wyciągniętą kartkę. Zachęciły mnie one całkiem skutecznie do wczytania się w resztę artykułu autorstwa Zygmunta Baumana, socjologa i filozofa, który pod lupę wziął możliwość zmieszczenia 9,5 godziny konsumpcji mediów przez młodych ludzi w 6,5 godziny czasu rzeczywistego. Wydaje się niemożliwe, ale przestudiowanie artykułu dało mi znakomitą odpowiedź. Jak mówi Bauman w swoim eseju, "przeciętnemu Brytyjczykowi udaje się wtłoczyć 8 godzin i 48 minut kontaktu z mediami w nieco ponad 7 godzin konsumpcji mediów."

W dobie dzisiejszych wynalazków, które pozwalają nam jednocześnie słuchać muzyki, oglądać program telewizyjny, czytać książkę i przeglądać portale internetowe nic nie wydaje się już awykonalne. Wręcz przeciwnie, kiedy oglądając programy informacyjne w tym samym momencie trzymam laptopa na kolanach czuję się bardziej "otwarta" na świat, przywiązana do niego, lepiej poinformowana. Banalnie prosty nawet dla starszych i dzieci dostęp do wszelakich newsów, wiedzy czy sposobów na wykonanie czynności stał się idealną pożywką dla tych, którzy chcą wykorzystać ludzkie przyciąganie do tego, co miłe i przyjemne.
Tak więc artykuły stają się łatwiejsze do przeczytania, trudne słowa wyparte przez te czytelne, przyciągające czytelnika. Filmy niekomercyjne znaleźć można w kinach tylko studenckich albo mniej znanych, a słuchając prezentera w telewizyjnych wiadomościach ma się wrażenie, jakby czytał on prędzej Słonia Trąbalskiego, nie ważne informacje ze świata i kraju.

Co więcej, łatwość odnajdywania informacji sprawiła, że nie uczymy się już pewnych rzeczy na pamięć, bo i co po, skoro zawsze można je mieć pod ręką. Z jednej strony to świetna wiadomość dla tych, dla których nauka sprawiała problemy. Z drugiej, w perspektywie kilkunastu kolejnych lat nikt nie będzie potrafił obejść się bez dostępu do Internetu. Kolejnym zagrożeniem jest szybkie "wyrzucanie" przeczytanych informacji. Perspektywa natychmiastowego zapominania, pisze Bauman, nie jest w tym wypadku ani niepokojąca, ani mile widziana. Staje się po prostu nieistotna. Dawne ostrzeżenie: "Jednym uchem wleci, drugim wyleci", nie zostałoby dziś ani potraktowane poważnie, ani wyśmiane. Najprawdopodobniej nie zostałoby w ogóle zrozumiane.

niedziela, 2 grudnia 2012

People are strange,

when you are stranger...

Moja chroniczna absencja spowodowana brakiem komputera mojego personalnego, który pomimo tego, że jest stary i kompletnie niezdatny do pracy na nim, daje mi dosyć inspiracji zawartością swoich folderów, których nie ma.
Aktualnie przeczesuję jutuba w poszukiwaniu jakichś piosenek The Doors'ów, całkiem nieskutecznie próbując zmusić się do pracy. Jednocześnie staram się zapanować nad jakimśkolwiek z nowych problemów, wyrastających raz po raz. Boję się.