niedziela, 29 stycznia 2012

Wszakże, czy można pogodzić się ze stratą?

Siedziały we trójkę w salonie pachnącym melancholią. Wiatr i mróz nieustannie próbowały dostać się do środka, powstrzymywane jednak przez ściany i okna zdawały się jakby cofać, żeby ponownie naprzeć z podwójną mocą. Siedziały i rozmawiały. Babcia, matka i córka. Siedziały i rozmawiały o chorobie jednej z nich. O najbliższych planach. O tym, że nie mają żadnego wsparcia u lekarzy, a największe instytucje zdają się zajmować tylko sobą. Atmosferę płaczu przerywały słynne, rodzinne anegdotki. Cisnące się do oczu łzy zmieniały się w szczery i gromki śmiech a absurdalność tej sytuacji widzianej z boku była niezmierzona. Pewne było jednak to, że wszystko to powoli traciło sens. Te czasowe spotkania, chęć odegnania od siebie atmosfery śmierci, nerwowe patrzenie sobie w oczy. I tylko coraz większy grymas bólu na każdej z nich oddawał poczucie czasu. "Nie teraz, nie jestem na to gotowa. Jeszcze trochę", zdanie, które pojawiało się w tych udręczonych umysłach. Ogrom cierpienia dla chorej i dla tych, które musiały się z tym pogodzić. Wszakże, czy można pogodzić się ze stratą?

wtorek, 24 stycznia 2012

Uh, it's such a hot stuff, isn't it?

     Nie po to istniejemy, aby się ukrywać. Nie po to, żeby dać się poniżać, ani żeby zatracać swoje człowieczeństwo. Mówiąc o wartościowym życiu  nie miejmy poczucia zmarnowanego czasu, przegapionej szansy czy dokonania złego wyboru. Kiedy zdarzy pomyśleć się nam tak pierwszy raz, nic się nie dzieje. Ale trudno wyjść z lawiny zarzucania sobie swojego niepowodzenia, nieszczęść i smutków. Pozostaje tylko żyć świadomie i zgodnie z tym, co czujemy, że jest dobre. Nie starajmy się za wszelką cenę dopiąć swego, wypełniać swoich oczekiwań bez względu na wszystko, bo żadna z radykalnych stron nie jest dobra.

Całkowicie wymęczona po małym treningu zarządzonego przez moją świadomość, który krzyczy: "zróóóób jeszcze trochę ćwiczeń, jest wcześnie, ON się ucieszy". Nie wiem do końca, co owo "on" oznacza, o kim ono opowiada, ale z pewnością kiedyś się dowiem i wtedy "mu" pokażę!
Niezmordowanie jednak prę do przodu, starając się okiełznać wszystkie moje wyłażące spod pokrywki dosyć upośledzonej silnej woli pragnienia. Czy się udaje? W 90% jest tak, jak sobie życzę. Pierwszy raz udaje mi się mieć świadomość większą od świadomości pantofelka w większości rzeczy, których dokonuję.

Wyrzucając kilka kolorowych karteczek, na których zazwyczaj znajdują się informacje o wszystkim, czego absolutnie nie mogę zapomnieć, znalazłam tytuł i autorkę pewnej piosenki. Kompletnie nie pamiętałam, dlaczego napisałam go akurat tam, ale pierwsze dźwięki przypomniały mi, że bardzo ją lubię. Oto ona:

 Jestem niemalże pewna, że zna ją każdy:)


 

Żegnam się ze wszystkimi w entuzjastycznej atmosferze, która trzymała mnie dzisiaj cały dzień. Oby tak dalej, pocieszę się osobiście i pójdę wykonywać resztę swoich obowiązków. 
:)

niedziela, 15 stycznia 2012

Dazzling boy.

Ten tydzień minął mi w niesamowitych męczarniach. Dopiero pod koniec udało się jakoś nam rozluźnić atmosferę i w szkole, i w domu. Nie wiem, dlaczego zapomniałam o blogu przez cały ten czas. Wypadło mi w głowy na cały tydzień coś, co bardzo lubię robić. Może taki odpoczynek dobrze mi zrobił, bo pisząc tą notkę, czuję jakąś małą ulgę. 
Kończąc ten semestr czuje się w powietrzu cząstkę nerwowości związanej z pozamykaniem wszystkich spraw, aby udać się na zasłużony odpoczynek. Ja tak nie mam, nie spieszno mi ani do ferii, ani do świąt, ani do odpoczynku. Niedługo moje urodziny i chociaż to 'niedługo' dopiero się zaczęło, już muszę planować jakieś rzeczy, aby wszystko było w porządku. Cieszy mnie to, że miejsca już załatwione, wiem co i jak, wystarczy tylko porozdawać zaproszenia. 
W środę spotkałam się z innymi śpiewakami na próbie. Po kilkunastu minutach przypomniałam sobie, jak cudownie jest tworzyć jakąś jednolitą harmonię, współgrać dźwiękami i uśmiechem. Chcę, aby to wrażenie pozostało na zawsze, bo przyprawia mnie o dreszcze za każdym razem, kiedy o tym pomyślę.

Dokończyłam w tym tygodniu Dynastię Tudorów. Dopiero ostatni odcinek uświadomił mi, jak niesamowita była cała seria. I nie wstydzę się tego, że popłakałam się na jednym z ostatnich ujęć, stwierdzić jedynie mogę, że jest jedno z lepszych w historii wszystkich seriali, jakie oglądałam. To się nazywa sztuka. 


Na zakończenie utwór, którego brzmienia nie da się zapomnieć.

niedziela, 8 stycznia 2012

Kaboom!

Całkiem pozornie spokojna sobota była chyba najdziwniejsza w ostatnich czasach. Goście, goście, po raz setny oglądanie Iron Mana (które nie było oglądaniem, tylko wieczną bitwą o cokolwiek). Pierwsza w życiu konsumpcja szaronu, pysznego pomidoropodobnego owocu, który pozostawił swój słodziutki smak na moim podniebieniu przez wiele godzin.

Na dzisiaj zaplanowałam sobie wiele rozrywek w postaci matematyki, języka polskiego i angielskiego. Kiedy z polskim i angielskim problemów nie widzę wcale, to o matematykę zaczynam się poważnie obawiać. Na szczęście jakoś ją na tyle rozumiem, żeby zdać. Tylko tyle mi wystarczy, aby być zadowoloną z żenującego poziomu matematyki.







Mnóstwo nauki zmusza mnie do zaprzestania mojej niezbyt dobrze rokującej znajomości z komputerem, a wzięcia się do pracy. Na początek jednak, aby zachęcić się do czynności niezbędnych, obejrzę sobie odcinek Dynastii Tudorów. Poniekąd w nagrodę za to, że zmuszę się niedługo do pracy.

środa, 4 stycznia 2012

Śmierć w bikini

No i jakoś dotrwałam do końca. Jutro na szczęście nie idę do szkoły, dlatego już dziś świętuję weekend. 4-dniowy weekend, który pozwoli mi trochę się poskładać po kilku dniach życia według ideologii minimalizmu. Denerwuje mnie taki stan, ale jakoś nie potrafię się przełamać, aby było inaczej. Myślę jednak, że terapia szokowa będzie w sam raz.

Zakochałam się niedawno w świetnym angielskim serialu Dynastia Tudorów. Był nawet niedawno film Kochanice króla, traktujący o tej samej sprawie - podziału Kościoła, ślubu Henryka VIII z Anną Boleyn. Podczas, gdy film nie przypadł mi do gustu, serial spodobał mi się tak bardzo, że oglądam go do późnej nocy, byle tylko dowiedzieć się, co było dalej. Oczywiście nie ma co wierzyć w wiarygodność czy spójność z faktami, ale nie to w tym momencie jest ważne. Podoba mi się też chociażby udawanie angielskiego akcentu, by nadać serialowi odrobinę realizmu.

Rozmawialiśmy dzisiaj przy obiedzie o tym, że ciekawie byłoby żyć za granicą. Moim marzeniem jest, aby zamieszkać choćby na krótki czas w miastach Wielkiej Brytanii czy gdziekolwiek indziej. Ciekawe tylko, czy znajdę w sobie dosyć odwagi, żeby zdobyć się na tak ważną decyzję. Czas pokaże. Determinację jednak mam ogromną.


Idę, najpewniej nadal oglądać mój ostatnio ukochany serial, albo czytać. Cokolwiek. Jeszcze tylko zrobię sobie przeeeepyszną herbatę w moim ukochany kubku i wtedy nic więcej mi do szczęścia potrzebne nie będzie.
Adios.


niedziela, 1 stycznia 2012

New Year's Eve


Totalnie wymęczona, wyśpiewana i wytańczona pragnę tylko jednego - spokoju. Uwielbiam tę okazję, kiedy bez zbędnych ceregieli można spędzić czas z fajnymi osobami w świetnej atmosferze. Tego brakuje mi na co dzień, więc dane od czasu do czasu cieszy podwójnie. 
Właściwie to cieszę się z tego, że już koniec tych wszelakich świąt i świątek, bo tracąc czas na odpoczynek tracimy potencjalne wzloty i upadki, których doświadczyć moglibyśmy, gdybyśmy pracowali. 
Ten tydzień spędziłam niesamowicie aktywnie. Lodowisko, koncert, angielski i wiele, wiele innych. 


Wspaniałą książkę, którą otrzymałam w prezencie świątecznym czytam dosłownie jednym tchem. Nie mam niestety czasu, aby czytać dużo, ale kilka razy dziennie na chwilkę udaje mi się przysiąść i poczytać choć odrobinę. Eco jak zawsze pokazał, że stać go na dużo. Jak sam o sobie mówi, jest "młodym pisarzem" i tego właśnie mu życzę. Żeby pomimo dosyć, powiedzmy sobie, sędziwego wieku uważał siebie za takiego jak teraz. A ja chętnie będę czytała jego książki. 


Czeka mnie pracowite ostatnie półtora roku szkoły. Do swoich i tak rozległych zajęć dodatkowych doszło kolejne, spełnienie moich dziecięcych marzeń. Za osobisty sukces uważam samo dostanie się. Teraz, gdy poświęcać się temu będę w swoje wolne godziny, równie mocno angażować będę się musiała w szkołę, aby pokazać, że umiem pogodzić wszystko. Trochę się boję, trochę jakbym obawiała się natłoku obowiązków, ale przecież nie takie rzeczy się robiło. Kiedyś, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły muzycznej, zdarzało się, że podczas festiwalu chórów przez cały dzień wracałam do domu około 22:00.









Moje noworoczne postanowienie to brak postanowień. Trzymać się z dala od fałszywych ludzi i nie przejmować się tym, na co nie mam wpływu. To chyba przepis na sukces. 
Zastanawiam się, jaki będzie ten kolejny rok. Jakie zmiany mi przyniesie. Jak zmienią się ludzie, znajomi, przyjaciele i rodzina. Jak bardzo ja się zmienię? Mam takie wrażenie, że jeżeli teraz przyłożę się do szkoły, do uleczania stosunków międzyludzkich, to później będzie mi łatwiej.  Więc chciałabym spędzić go historycznie, po angielsku i w języku polskim. Chciałabym nadal bawić się tak, jak zwykłam. Chciałabym rozwijać swój talent i poduczyć się w pisaniu. Chciałabym żyć tak, aby powiedzieć sobie wprost - nie wstydzę się swoich wyborów, nie wstydzę się siebie ani moich znajomych. Nie wstydzę się swojego zachowania ani zachowania innych. Dużo drogi przede mną, ale wszystko da się zrobić. Byle z wolna i z ostrożna.

Powinnam zająć się zadaniami domowymi na jutro, powinnam ogarnąć cokolwiek, ale nie mam siły. A niech stracę, naprawdę nie mam na nic siły. Za to wspominam wciąż ostatnią noc;)

Dla wszystkich spokojnego, udanego a przede wszystkim szczęśliwego Nowego Roku!