poniedziałek, 26 grudnia 2011

Jak Feniks z popiołów powstaniesz.

-Jeżeli miało by być tak, że skończymy tutaj na zawsze razem. Co wtedy? Bo wiesz... to nie jest takie proste, kiedy ma się całe życie przed sobą. Kiedy wiesz, że wszystko ucieka jak wtedy. Uwierzę, że ma ono to do siebie, że jest nic niewarte, że wszystko to tylko czyiś wymysł. Ale dlaczego mam wierzyć, że jesteśmy tutaj tylko po to, aby smakować wszystkiego, kochać się w najlepszym i pragnąć odmienności?
-Małostkowość, moja droga. Przestań zamartwiać się rzeczami, którymi wielu probowało się zająć, jednak nikomu się nie udalo. Dlaczego? Bo to ludzie wymyślili takie coś, jak uczucia, pragnienia i lęki. A to, co ludzkie na zawsze pozostanie najbardziej niezrozumiałe.


Obejrzałam dzisiaj zaległe odcinki Dr Housa, Dynastii Tudorów. Odwiedziłam Babcię. Przeczytałam tyle, ile zaplanowałam. Teraz przede mną cała noc na kolejne plany i planiki.
Zawirowania, zawirowania, zawirowania. Nigdy nie byłam tak świadoma jak teraz. Nigdy mnie do czegoś nie ciągnęło tak, jak teraz. Nigdy nie pisałam z taką pasją, jak właśnie w tym momencie mojego życia. Czy to mnie cieszy? Pewnie tak, może nie. Nie jestem pewna, skąd to się wzięło i czy będzie już tylko lepiej lub tylko gorzej. Zobaczymy po tym tygodniu, czy było warto wprowadzać tak odważne decyzje w życie.
Nie mogę się już doczekać.




Jeżeli miałabym wybrać najlepszych aktorów ciekawych lat 80' to jednym z nich z pewnością byłby Martin Sheen. Długo mi zajęło, by zauważyć, jak bardzo podoba mi się styl jego gry. Ale ważne, że w końcu się udało:)

niedziela, 25 grudnia 2011

Love actually is... all around.

Poznałam właśnie przepis na najlepiej spędzony czas.
Spontaniczność! Nic nie zastąpi nam pieczołowicie przygotowywanych planów tak bardzo, jak ona. No i niebanie się nowości. Dzięki temu, z nudnej Wigilii i dzisiejszego dnia zamiast rzeczywiście ''nudnie'', było świetnie.

Święta, oprócz tony jedzonka, fajnych filmów oglądanych w przerwach w jedzeniu, wspólnym śmiechu i zabawach kojarzy mi się także z pojednaniem, pogodzeniem, pokojem, miłością. Jak w moim ulubionym, nie tylko świątecznym filmie Love Actually.


Zapowiada się ciekawy i ciężki tydzień. I nie tylko dlatego, że już zapowiedziałam swoją wizytę na okolicznych lodowiskach, aby spalić trochę dzisiejszej 'Kaczki nadziewanej jabłkami z żurawiną', ale aby pobyć trochę czasu wśród ludzików. No i poszukiwania sylwestrowej kreacji. Właściwie, już wiem co chcę. Wiem, jak to wygląda. Wiem, dlaczego to będzie piękne. Nie wiem tylko, gdzie to dostać.
W czwartek zaproszenie do Ucha (rzeczywiście ciężki tydzień) i co najmniej trzy książki do przeczytania.
Ale tak właśnie lubię. Tak mi jest najlepiej.








MIŁEGO WIECZORU :)


piątek, 23 grudnia 2011

Suspicious mind.

świeczki na parapecie - są
kadzidełko - jest
cały pokój wypełniony cudownym zapachem
czego? mieszaniną różnych różności, z pozoru niemających żadnych powiązań
jakich? Pronto, taki środek odkurzający. świeczki, na pudełku których widniał zachęcający zapach Christmas Tree. kadzidło o zapachu Moonshine, od lat moje ulubione.zapach świeżego, mroźnego powietrza. no i najważniejsze - zapach radości

Do tego cudowny widok zza okna, który już niedługo stracę. A szkoda, bo dopiero od niedawna go pokochałam. Teraz, przyprószony odrobinką śniegu, z wystającymi zielonymi kępkami trawy i rzadko już spotykaną starą, zabytkową szopą wygląda przebajecznie. Aż chce się siedzieć przy oknie i patrzeć.

Z wielkim wysiłkiem próbuję wygarnąć z głowy świąteczną atmosferę. I - co więcej - udaje mi się. Jakoś mi lepiej, kiedy całą rodziną nie biegamy z kąta w kąt, aby jak najlepiej przygotować siebie, dom, psa i wszystkiego co dookoła na święta. Pierwszy taki okres w życiu. Żadnej pogoni za prezentami, zakupów. Żadnych zmartwień, co założyć, co zjeść, co powiedzieć. Materialna idea w tym roku poszła do spania. Pozostaliśmy tylko my i strojenie prześlicznej, tradycyjnej choinki w rytmach Elvisa Presley'a.




poniedziałek, 19 grudnia 2011

Kolęda dla nieobecnych.



Udany, acz niesamowicie męczący weekend. Jednym słowem - bajka, to, co uwielbiam najbardziej. Mnóstwo zajęć, nietracenie czasu na głupoty, książka o Hunie i świetne przepisy na życie spisane w kilkunastu prostych zdaniach. Jestem niewyobrażalnie wymęczona sama nie wiem po czym nawet. Ale to i dobrze. W końcu niedługo święta, czyli odpoczynek.

piątek, 16 grudnia 2011

There was just a lipstick on the glass.


 Niesamowicie spędzony tydzień. Od poniedziałkowej 'wycieczki', po równie zwariowany piątek. Nie pamiętam dnia, abym tak bardzo się naśmiała, jak właśnie dzisiaj.

Nic innego dodawać chyba nie muszę. Jutro Asiakowe Opowiastki przy tzatziki, chipsach i pepsi. Impreza zeszłotygodniowa wypadła tak wspaniale, że do dzisiaj sobie o niej myślę. Do tego mile spędzony czas w szkole, robienie milionów rzeczy, które mi się nie przydadzą no i myślenie o świętach, które niewątpliwie są już gdzieś pośród nas. W tym roku totalnie ominęłam ten temat. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ilekroć o nich myślę, cały czas mam wrażenie, że jeszcze nie teraz. Jeszcze nie czas na święta, bo nie jestem na nie gotowa. Dlatego szaleć nie będę, ale spokojnie i miło, i przyjemnie i w dobrym towarzystwie chętnie pobędę. No, jak to w święta bywa.


Wybywam teraz, aby ułożyć sobie swoje marzenia i pragnienia, które gdzieś tam z tyłu głowy kołaczą, aby im otworzyć. Nie będę im przecież długo kazała czekać. 
No i dziękuję Dziobakowi (wiem, że to czytasz!:D), za zdjęcia, za dzisiejszą fizykę. Specjalnie dla niej:
CO JA DZIĘKUJĘ. 
adieu.


























czwartek, 15 grudnia 2011

Chciałbyś być kloszardem.

Opuszczony, niechciany, głupi. 
Nielubiany, nierealny, smutny.
Żałosny, pompatyczny, despotyczny. 
Przykry, zły, rozczarowujący.
Nieprawdziwy, niesprawiedliwy, sponiewierany.


Bycie w związku z samym sobą to naprawdę trudna sprawa jest.



Jadąc do szkoły słuchałam właśnie tego. Surowy, polski, dobry, genialny blues.
Nalepa to jednak jest gość. Uwielbiam dźwięki jego nieokrzesanego głosu rano. Ot, takie przyzwyczajenie sprzed wielu lat.



Chciałbyś być kloszardem
Pod mostami spać
I nie mieć nic

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Thanksgiving



Mam dobry humor, biorąc pod uwagę niedawne wydarzenia. Zbyt dobry humor jak na dzisiejsze wydarzenia. Nie wiem co się dzieje, ale może tak zostać!:) I nie zapowiada się na to, żeby było gorzej.
Jutro mikołajki, dziwaczny dzień, bo ni to święta, ale jednak czuje się już ich czar. Już nawet pogodziłam się z tegorocznymi porządkami, przecież wspaniale jest usiąść sobie w czyściutkim pokoju, zjeść trochę świątecznego ciasta i powiedzieć: ach, jak tu wspaniale.

W jednej z ostatnich kartek pocztowych ze stanu Tennessee, pewna osoba napisała mi, że niedawno obchodzono w USA 'Thanksgiving', czyli Dzień Dziękczynienia. Odbywa się z tego powodu wielka feta, ludzie dziękują sobie nawzajem, dziękują Stwórcy albo w kogo tam wierzą o cokolwiek i o wszystko. Ona była wdzięczna za to, że żyje. A my za co bylibyśmy wdzięczni? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Pewnie o to, że mam dla kogo i po co żyć. Trudno byłoby mi to określić w jednym słowie czy nawet zdaniu. Wydaje mi się, że taki dzień pomaga im zrozumieć co to wdzięczność.



Znalazłam już powód, dlaczego zdarza mi się być ospała przez czas po przyjściu do domu. Otóż, ostatnimi czasy wypijałam hektolitry herbaty, która (i co odkryłam dopiero dzisiaj) działa usypiająco! Dlatego herbatki tylko na noc, a jak na razie wielki come back to coffee. Latte, niemieszane. 

Dodałabym tu jeszcze filmy, i absolutnie mogę się zgodzić!:)

sobota, 3 grudnia 2011

Let it be.





Dawno zastanawiałam się już, co by tu napisać. Tak naprawdę niewiele się działo przez czas, kiedy tutaj nie zaglądałam. Obejrzałam kilka nowych filmów, przeczytałam książkę i jestem w trakcie drugiej. Nie mam więc czasu, aby się nudzić. Czasami brakuje mi tylko rozmowy. Wszyscy są przeogromnie zajęci, a ja chcę tylko miłej rozmowy.


Nie mam już siły, żeby w ogóle pomyśleć o tym, po co mam to wszystko robić. Kompletnie ogarnęły mnie sidła bezsilności, bezsensowności, smutku i patrzenia w wątpliwą przyszłość. I nawet nie chce mi się uprawiać samoganienia za narzekanie.


Ba, tak jest lepiej.







piątek, 25 listopada 2011

Another lonely day

Tak jakoś nieprzyjemnie mi się zrobiło ostatnio. Niby wszystko ok, niby jest dobrze, ale ta stagnacja znowu coś popsuła. Chociaż pierwszy dzień po takiej przerwie był... zadziwiający. Naprawdę bym się nie spodziewała po takich ludziach t a k i c h zachowań. Raczej negatywnych, chociaż pozytywne były i z tego bardzo się cieszę. 
Nie warto przejmować się 'człowiekami'. Polecam zaś pokochanie siebie, w końcu jesteśmy jedynymi osobami, z którymi spędzamy 24h na dobę:)






Kolejna doza cudownych wspomnień. Tam chciałabym się dostać. Wyobrażacie sobie przebiegać cały marzec na krótkich rękawkach? Siedzieć sobie skąpanym w słońcu na Hydowskim trawniku? Ja tak, dlatego tych marzeń nie się zaprzepaścić:)

wtorek, 22 listopada 2011

22.11

Ta sytuacja zaczyna przerastać. Mnie, rodzinę, znajomych. Mówiłam, że chcę, aby bliscy żyli i umierali w spokoju, a tu co? Wszystko się wali, mam wrażenie, a właściwie odczucie, które nomen omen powinno mieć "pejoratywną konotację", że lepiej nie będzie. Jednym słowem, nie mam pojęcia co robić. Często dzieje się tak, że stając na rozdrożu nie wiemy co robić, więc czekamy. Proszę Boga, Jahwę, Buddę, Allaha, Zeusa, Tu-Ti, Amona, Wielkiego Ducha, Odyna, kogokolwiek, pomóżcie mi, dajcie mi siłę. To nie jest błahostka. To nie jest jakaś głupia kłótnia ze znajomymi, to nie jest strata chłopaka czy zła ocena, bo na takie rzeczy można popatrzeć, pomartwić się, zapomnieć i iść dalej. Nikt Was bardziej nie będzie kochał, niż własna rodzina. Dlatego tak ważne jest, aby utrzymywać z nią dobre stosunki. Dobre w miarę tego oczywiście,  jak bardzo nienawidziliśmy się wcześniej ;)


Chciałabym już wyjść do ludzi, takie siedzenie w domu doprowadza mnie do szału. Całe szczęście w czwartek chyba zrobimy próbę generalną, jak po tym dniu nie wyląduję w łóżku z zapaleniem płuc, to znaczy, że już jest dobrze. Dawno już nic też nie oglądałam. Myślę, że ma to po prostu swoje podłoże w tym, że nie mam co oglądać, ale chcieć to móc, dlatego chyba wcale mi się nie chce. Ale dzisiaj chyba złamię to embargo i zaserwuję sobie coś milusiego. Wielki Gatsby czy Miami Vice? Całkowicie odmienne filmy, ale nic nie zaszkodzi, aby podać je jeden po drugim. Chyba, że prędzej zmorzy mnie sen...


I just haven't met you yet.


Michael Buble, wokalista jazzowy, który zdecydowanie umilił mi kilka zimowych wieczorów zeszłego roku. Nie powiem, aby jego piosenki miały jakieś ogromnie głębokie przesłanie, ale wartość wokalna na pewno potrafi zachwycić. Jego plusem są też dobre i lepsze covery innych piosenek (Queen, Louis Armstrong etc.), których nie może się wstydzić. Nawet w moim domu na półce z płytami znaleźć można jego album zatytułowany po prostu "Michael Bublé". Po ostatnich wydarzeniach jakoś łatwiej było mi wrócić do muzyki jazzowo-popowej, aniżeli wsłuchiwać się w ostrzejsze brzmienia. Widać - czas na zmiany. I się wcale tego nie wstydzę, wszak moje motto brzmi, że zmiany zawsze są na lepsze. 


Polecam!



poniedziałek, 21 listopada 2011

Before I die...


Witajcie;)
Stało się, znowu jestem chora. Czuję się tragicznie, boli mnie każdy chyba mięsień (a to dopiero pierwsze stadium choroby!). Siedzę więc sobie z kubkiem niesamowicie gorzkiej herbaty z cytryną, przed sobą mam 7 kartek A4 zadań z angielskiego i zastanawiam się, co począć. Mam nadzieję, że będzie mi tylko lepiej, bo na to 'gorzej' już nie mam siły. Wiem, narzekam jak stara baba. Wieeem, już dawno to stwierdziłam. Wieeeeeeem także, że postanowiłam to zmienić. Ale, (ale!) doszłam do wniosku, że czas wyleczyć się z pewnych nałogów. Nie mówię tutaj o nałogowym oglądaniu filmów, czytaniu książek czy braniu zdecydowanie zbyt długich kąpieli, tylko o nałogach w postaci komputera, Internetu, telefonu, czyli chorobach typowo cywilizacyjnych. Zamieniając zwykłą komunikację na komunikację szybszą chcemy oszczędzać czas. Ale po co nam to, skoro spędzamy mnóstwo bezsensownych godzin nie robiąc nic konkretnego? Otóż to! Szkoda, że tak łatwo się gada, a tak trudno wykonuje. Chociaż... powiadają, że 50% sukcesu polega na zrozumieniu błędów. 

Siedząc sobie tutaj, mama właśnie krzyknęła z sąsiedniego pokoju, że na 12 grudnia zapowiadają 13 stopni. Jest to dla mnie cudowna nowina, ponieważ niczego moje ciało nie znosi gorzej, jak mrozu. Śnieg i plucha już mi tak nie przeszkadzają, jak wszechobecny ścinający przymrozek, który otrzeźwia i zabija zarazem. Przychodząc do domu nie mogę się rozgrzać, pomaga mi jedynie naprawdę gorąca kąpiel, jakiś wysiłek fizyczny albo sen. Ale co mogę wybrać, skoro za dwie godziny mam korki? Ano nic. Pozostaje mi siedzieć pod kocem z zimnym prawie wszystkim, odrabiać zadania domowe i modlić się o lato. Amen.



Co chcielibyście zrobić, zanim umrzecie? Dobre pytanie, co? To może sprowadzać się do tego, co chcemy dostać, gdzie chcemy pojechać, co chcemy zrobić. Niektórzy piszą, że chcą mieć kochającą rodzinę, inni, zobaczyć znanego aktora, ukochany zespół, spotkać się ze swoimi wnukami, pogodzić się z bliskimi.Każde marzenie można spełnić, bo, jak to mówi mój tata, rzeczy trudne załatwiamy od razu, a na niemożliwe trzeba 15 minut poczekać. 

 Czego chciałabym ja? Jak na razie, najbardziej przeraża mnie myśl o tym, że kiedyś wszyscy, których kocham, będą musieli odejść. Marzę, aby to się zmieniło, i chociaż wiem, że tak się nie zrobi chcę, aby odeszli w miłości, spokoju, bez bólu i cierpienia. Górnolotne, ale prawdziwe.




   Przy okazji pisania tego posta przypomniałam sobie o piosence, której tekst znam na pamięć. Warto ją sobie zapamiętać i słowa wziąć głęboko do serca.



niedziela, 20 listopada 2011

Tydzień podsumowań.

Cały tydzień ciszy. To znaczy, że nie mam zielonego pojęcia co robiłam w poniedziałek, wtorek, środę. Czasami tak mam, że nie pamiętam ostatnich dni, tak szybko i cicho przeleciały mi przed oczami. Właściwie, to bardzo miło i przytulnie go wspominam. Mnóstwo pracy przy angielskim, resztę jakoś ostatnio sobie odpuszczam. Nie wiedząc co ze sobą począć, postanowiłam dać sobie odrobinę luzu i odnoszę lekkie wrażenie, że tak być nie powinno. Dlaczego? Bo wszyscy ludzie, którzy coś osiągnęli, nigdy sobie nie odpuszczali. Nigdy nie polegali na obcych, nigdy nie pokładali nadziei w tych, którzy tego nie chcieli.







Wydaje mi się, że moje życie właśnie tak wygląda. No, dodałabym obok stos czasopism, książek i natenczas mogłabym bez zbytnich narzekań sobie egzystować, bez zawadzania komukolwiek.



Z tego, co widziałam, nowa kolekcja H&M by Versace nie jest aż taka zła, jak myślałam na początku. Nie wiem dlaczego miałam takie przeświadczenie, po prostu projekty tego domu mody jakoś zawsze mnie przerażały. Teraz, kiedy zobaczyłam kilka ciuchów w internecie, przekonałam się, że jakość hm'owskich ciuchów sukcesywnie spadała z roku na rok. Kiedyś kupowałam stamtąd mnóstwo ubrań, a ta sytuacja zaczęła się zmieniać na rzecz mniej znanych, ale równie dobrych sklepów odzieżowych (New Look, Camaieu). Teraz mam ochotę iść do H&M i obejrzeć te dziwne tworki. Może nawet niektóre zabrać do domu?:)

niedziela, 13 listopada 2011

Damn, it's Sunday!

 Uwielbiam wczorajszy dzień. Weekend przepłynął mniej więcej tak, jak go sobie zaplanowałam, czyli świetnie!
Ostatnio w ogóle wszystko jakoś się układa, mam już na siebie pomysł, myślenie nie sprawia mi bólu a samo wstanie z łóżka nie jest mordercze. Oznaka nadchodzącej idylli? Pewnie nie, ale pozwalam sobie tak myśleć. W każdym razie, podoba mi się tak jak jest i wydaje mi się, że nie byłoby głupio, gdyby tak zostało.


Wrażenia z koncertu - nieopisywalne. 
Jak dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest stanie nie pod sceną, ale gdzieś pod ścianą, gdzie można spokojnie zamknąć oczy i chłonąć muzykę, nie tracąc przy okazji niczego, co ważne.Tak też robię, i właśnie to sprawia mi niewyobrażalną radość.

Infantylne, ale nie mogłam się powstrzymać - autograf Grabaża;)
Siedzę sobie teraz z wieeeelkim kubolem kawy z mlekiem z racji małej ilości przespanych godzin. Odprawiliśmy rodziców i świętujemy tydzień wolności. Lubię jak ich nie ma, nie tylko dlatego, że nie ma też kogoś, kto ciągle mi coś każe, tylko dlatego, że mam poczucie, że oni odpoczywają. Od dzieciaków, pracy, znajomych. Każdemu należy się jakiś czas odpoczynku, a oni mają go tylko tyle, ile sami wygospodarują, bo nie mogą przecież pójść do szefa i kazać sobie dać trzech tygodni urlopu.  

Jutro znowu zaczyna się kolejny tydzień, co nieustannie przybliża mnie to spełnienia się moich marzeń. Wiem już, co chcę studiować, na jakim przedmiocie się skoncentrować i jak to robić. Teraz wystarczy tylko wpasować się w tą konwencję i 'jechać z tematem'. Proste;)



piątek, 11 listopada 2011

My, Pierwsza Brygada...

Dzisiaj jedno z najweselszych świąt Wolnej Polski. Dlaczego więc włączając już tradycyjnie co roku TVN24, widzę zamieszki, ilość rannych i jakieś zasłonięte twarze tchórzliwych huliganów? Dlaczego Polska nie potrafi świętować tak, jak to robi się we Francji, USA, poprzez parady, pikniki, festyny? To chyba świadczy jeszcze o polskim zacofaniu w stosunku to państw rozwiniętych, niemożności cieszenia się z powodzeń, jednak długie i ciągłe rozpamiętywanie porażek. Taki kompleks polskości, kompleks wyrywania się przed szereg, rozszerzającego się huligaństwa, 'nic nieróbstwa', obarczania winą za to co się dzieje rząd. A dopóki my będziemy to tolerować, dopóty Zachód zawsze będzie na nas patrzał jak na zacofany, katolicki, konserwatywny kraj. Ciekawa jestem, ile jeszcze lat będę musiała się za nich wstydzić. Przez ile lat moje wyznanie, że jestem polką wywoła śmiech wśród zagranicznych. W tym momencie jestem wdzięczna za Wałęsę, Wojtyłę, Pendereckiego, Chopina, J. Kamińskiego, Polańskiego, Olbrychskiego i wielu innych, wspaniałych Polaków, którzy reprezentowali nasz kraj za granicą. 

Już o 11:40 zasiadłam przed telewizorem, jak co roku, by oglądać obchody rocznicy Odzyskania Niepodległości. Dla mnie to szczególne święto, uwielbiam jego atmosferę, uwielbiam widzieć flagi na domach, uwielbiam wiedzieć, że jest część społeczeństwa, które wie, cieszy się, rozumie i szanuje. Jest ta część, która to absolutnie omija, i jest ta, która próbuje coś udowodnić.

fot. PAP/Leszek Szymański
Życzę Wszystkim wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Odzyskania Niepodległości! :)

Julie&Julia

Genialny film bazujący na dwóch prawdziwych historiach, Julii Child oraz Julii Powell. Julia Child (grana przez świetną Meryl Streep) to żona dyplomaty, który został przeniesiony do Paryża. Julie przedstawiona jest tu, jako sympatyczna kobieta, która próbuje swych sił w wielu dziedzinach, jednak nic jej nie wychodzi tak bardzo jak gotowanie, czemu też oddaje się bez reszty. 
Julia Powell to sekretarka, której praca nie do końca w pełni ją satysfakcjonuje, więc postanawia prowadzić bloga - 524 przepisy książki Julii Child w 365 dni. Wpiera ją kochany mąż i kot.

Przyjemna, łatwa, miła historia na wolne wieczory. Film wciągnął mnie do końca, ze względu na cudowny Paryż, na kuchnię, na świetnych aktorów. Przede wszystkim zachwycił mnie upór Child do robienia tego, co się kocha nie zważając na okoliczności. Miała ona talent, wewnętrzny spokój i umiejętność zjednywania sobie ludzi. Była wielkoduszna, wesoła i taką przede wszystkim ludzie ją zapamiętali. 









Serdecznie polecam na coraz zimniejsze i nieprzyjemniejsze wieczory, dla całej rodziny. :)





czwartek, 10 listopada 2011

Marillion - Afraid of sunlight






Jednak nie było aż tak źle, jednak nic się nie stało, jednak oszczędzono mi stresu. I dobrze, bo źle wpływa na cerę. Zaczyna się weekend, tak baardzo tęskniłam za łóżeczkiem, chodzeniem późno do spania i wysypianiem się. Mam ochotę tak robić każdego dnia, do momentu aż mi się nie znudzi.Ciekawa jestem, jak to będzie w przyszłości, czy będę zmuszona do rannego wstawania, czy nikt mnie tym nie będzie katował. Najlepiej czuję się, wstając ok 8:00, wtedy czuję się najbardziej wypoczęta i rześka. Wcześniejsze lub późniejsze wstawanie robi ze mnie obrzydliwego zombie.



Zabieram się za podciąganie swojej wiedzy z zakresu książek 'must have', zaczynając od "Imienia róży", kończąc na "Solaris". Kolekcja obejmuje jakieś 34 książki, z czego przeczytałam już "Lolitę", "Paragraf 22", "I nie było już nikogo", "Mistrza i Małgorzatę" i kilka innych. Wszystkie zaczynałam czytać z niechęcią, wszystkie doczytywałam po nocach, żeby nie tracić czasu na sen. Są takie książki, które trzeba przeczytać, choćby po to, aby potem ponarzekać sobie, ile to czasu na nie nie zmarnowaliśmy.
Tak więc zabieram się do roboty, żeby zdążyć przed śmiercią.




Jutro coś o filmie. Może Asiak? Who knows?

środa, 9 listopada 2011

Yesterday starts tomorrow, tomorrow starts today.





Stres przed jutrem odbiera mi chęć do życia. I nie chodzi mi tutaj o ten występ, którego jakość przedstawia się mniej więcej gdzieś pomiędzy występem Dody a Ewy Farny, bardziej o to, co nastąpi jutro, czyli język niemiecki. Na myśl o tym przedmiocie, przed oczami mam tylko i wyłącznie strach, nieprzyjemne uczucie ściskania w żołądku, co pewnie każdy wiele razy w życiu spotykał. Będę musiała przeżyć, notabene tylko to i długi weekend! Przepełnia mnie uczucie szczęścia, kiedy w końcu spędzę trochę czasu w domu albo z Babcią. 





















Wczoraj śnił mi się zapach miasta. Nie wiem  czemu, świadczy to chyba o mojej tęsknocie do wielkiej metropolii, tej niepowtarzalnej atmosfery, masy ludzkiej wylewającej się z metra, spieszącej do pracy. Mam takie wrażenie, po prostu najlepiej śpi mi się w mieście, najlepiej wstaje, najlepiej robi. Nie jestem stworzona do życia na wsi, natura za bardzo mnie nudzi. Owszem, jest piękna, cudowna i odprężająca, jednak nic nie może się równać z atmosferą miasta.

wtorek, 8 listopada 2011

Winter, winter.


Wraz z pierwszym zapachem mrozu (coś takiego w ogóle istnieje?), nie przestaję myśleć o zimie. Nie mam na myśli tej, gdzie odmarzają nam nieokryte uszy, palce (chociaż i to ma swój urok), gdy ślizgamy się na każdej powierzchni w nieważne jak odpornym na poślizgi obuwiu, czy 'ciapanie' w błotku wodno-śniegowo-piaskowym. Mam na myśli tą pachnącą mrozem, mandarynkami, ciepłą kawą, herbatą z rumem i migdałowymi ciasteczkami. Tą, przy której każdy rodzinny spacer zamienia się w niesamowitą wędrówkę przez nieznane krainy ośnieżonych, oszronionych krzew, konarów, dróg skrzących się w pięknym słońcu. Mimo, że jestem maksymalnym zmarźluchem, a zimę planuję spędzać przede wszystkim w ciepłych pomieszczeniach, to lubię tę porę roku za jej niepowtarzalny klimat.

Ostatnie dni spędziło się cudownie przyjemnie, przez dom przewijają się ostatnio sami mili goście, więc jest ta unikalna okazja, aby przysiąść z ludźmi, wypić cappucino, pogadać się, pośmiać. Niedługo moi nadzorcy dają nam tydzień odpoczynku obopólnego, co oznacza nic innego jak wolność. Trochę może to nad wyraz, ale zawsze jest 'ta' świadomość. 

Zanim się obejrzałam nagle środa. Początek końca. Jeszcze jutro, czwartek i koniec. Nie mogę doczekać się cudownego weekendu spędzonego z ludźmi, dla których 'dorosłość' to dorosłość do cholery, a nie tylko udawanie bycia dorosłym w różnych, niezrozumiałych dla mnie celach. Takim ludziom można tylko współczuć, bo tak naprawdę sami nie wiedzą czego chcą. Z jednej strony ciągnie ich do normalności i zwyczajności, z drugiej ich samozaparcie do pozostania indywidualistą 'odsiedmiuboleści' jest tak ogromne, że już sami nie widzą, kim są. No i oczywiście swoje frustracje przelewają na innych, których notabene to w ogóle nie obchodzi. Śmieszy. Prędzej. 






weheart.it

Jedna z najpiękniejszych kartek, jakie otrzymałam. 














Uwielbiam swój nowy płaszczyk! Podoba mi się cały, od koloru, przez kształt, po guziki i kołnierz. Mimo, że Camaieu to niezbyt znany sklep w Polsce, mają tam naprawdę imponujące i ciekawe rzeczy. Polecam, ponieważ klasyczny, lekko militarny, dwurzędowy płaszcz to coś, czego szukałam od lat, lecz w każdym sklepie powstawały jakieś dziwaczne udziwnienia lub po prostu jakość była nijaka. A tu proszę, bystre oko mojej mamusi jak zwykle w ostatniej chwili, namierzyło to cudo.

Obywatel Milk


     Jeden z moich ulubionych filmów, opowiadający o Harvey'u Milku - jednego z największych wizjonerów i przywódców walczących o sprawiedliwość. W latach 70 walczył o prawa homoseksualistów, najpierw w San Francisco a później już w całych Stanach Zjednoczonych. Już na początku filmu dowiadujemy się, jaki będzie jego koniec, niestety - nie ma co liczyć na szczęśliwe zakończenie. Ale nawet i bez tego film nadal ma wielkie oddziaływanie na moje postrzeganie odmiennej miłości.     

Zdobywca dwóch Oscarów za Najlepszego aktora pierwszoplanowego dla Seana Penna oraz za Najlepszy scenariusz oryginalny dla Dustina Blacka. Jak dla mnie wielce zasłużona nagroda, ponieważ oglądając ten film rzeczywiście przeniosłam się do San Francisco lat 70, epoki disco a przede wszystkim bardzo znaczących ruchów społecznych, które zapoczątkowały naszą nową demokrację i tolerancję. 
     
Film oceniam jak najlepiej, podobało mi się w nim wszystko. Jego biograficzność, dramatyczne, zabawne, cudownie uszczęśliwiające sceny w jednym filmie. To trzeba po prostu lubić, bo wiem, że nie każdemu spodoba się sam temat. Absolutnie jednak mi to nie przeszkadza, wręcz sądzę, że trzeba poruszać temat mniejszości (seksualnych, etnicznych) w sztuce, skoro w szkole się tego nie praktykuje.  A szkoda...







niedziela, 6 listopada 2011

Reanimacja.


Zakończenie weekendu lepsze, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać. Podejrzewałam rodzinną atmosferę? Proszę bardzo, nic prostszego, wystarczy cudownie spędzony dzień z rodzinką, dalszą i bliższą, wszystko naraz. Było naprawdę niesamowicie. Uwielbiam takie chwile, wtedy czuję, że są ludzie, którzy o mnie dbają, chcą dla mnie wszystkiego jak najlepszego, a przede wszystkim - kochają mnie. Takie poczucie bezpieczeństwa nikt obcy nigdy mi nie zapewni, oni robią to właściwie bezproblemowo.


Za dużo szczęścia dla mnie jak na jeden raz. Muszę teraz trochę pobyć w samotności, żeby to przetrawić.
Mam kilka filmów, które czas wreszcie odpalić, bo się odrobinę zakurzyły. Postanowiłam też obejrzeć ponownie Kopię Mistrza, a dokładniej finałową scenę, która za każdym razem, kiedy ją widzę (a przede wszystkim słyszę!), zapiera mi dech w piersiach. Muzyka klasyczna jak żadna inna, potrafi człowieka wpędzić w cudowne chwile uniesienia bez jakichkolwiek wspomagaczy.

Ciekawa jestem, co przyniesie mi nadchodzący tydzień. Już nie mogę się doczekać zmian, jakie w nim zajdą (a wiem, że zajdą, przecież zawsze tak jest...), zastanawiam się też nad tym, co dam radę zrobić, a co odstawić na później. Czy coś sobie kupię, jaki film obejrzę, jak spędzę wolny czas. to wszystko sprawia, że czuję dreszczyk napięcia. Śmiesznie brzmi, ale tak jest, po prostu, ot tak:)

Miłego tygodnia;)

Popiołki.


 Burzliwa historia znanego na całym świecie Salvadora Dali oraz jego kochanka, Federico Lorca. Niesamowicie oglądało się piękne sceny, które zdecydowanie powinny należeć do jednych z najlepszych w historii kina stylizowanego. Hiszpania, lata 20, czyli najbardziej owocne lata w historii sztuki nowoczesnej. Picasso, Dali, Hemingway (chociaż on był akurat pisarzem). Film doprowadził mnie do rzewnych łez, które nie zostały wypłakane na marne. Niesamowicie oglądało się ten dramatyczny obraz ukazujący zakazaną i silnie napiętnowaną w tych czasach miłość pomiędzy przedstawicielami tej samej płci. Plus naprawdę dobry Robert Pattison, którego niestety technicznie zmiażdżył Javier Beltran.


 Czy film okazał się być tym ze skutecznym przekazem, czy też nie, na zawsze już pozostawi w mojej głowie maleńką wyrwę spowodowaną rozmyślaniem o tym, dlaczego ten człowiek był geniuszem. Bo sam siebie tak nazywał, tak po prostu było i koniec. I to jest dobre zdanie do powtarzania codziennie, dla każdego. Podświadomość potrafi czynić cuda z naszym umysłem, więc warto ją wykorzystywać.


Polecam serdecznie:)