wtorek, 22 listopada 2011

22.11

Ta sytuacja zaczyna przerastać. Mnie, rodzinę, znajomych. Mówiłam, że chcę, aby bliscy żyli i umierali w spokoju, a tu co? Wszystko się wali, mam wrażenie, a właściwie odczucie, które nomen omen powinno mieć "pejoratywną konotację", że lepiej nie będzie. Jednym słowem, nie mam pojęcia co robić. Często dzieje się tak, że stając na rozdrożu nie wiemy co robić, więc czekamy. Proszę Boga, Jahwę, Buddę, Allaha, Zeusa, Tu-Ti, Amona, Wielkiego Ducha, Odyna, kogokolwiek, pomóżcie mi, dajcie mi siłę. To nie jest błahostka. To nie jest jakaś głupia kłótnia ze znajomymi, to nie jest strata chłopaka czy zła ocena, bo na takie rzeczy można popatrzeć, pomartwić się, zapomnieć i iść dalej. Nikt Was bardziej nie będzie kochał, niż własna rodzina. Dlatego tak ważne jest, aby utrzymywać z nią dobre stosunki. Dobre w miarę tego oczywiście,  jak bardzo nienawidziliśmy się wcześniej ;)


Chciałabym już wyjść do ludzi, takie siedzenie w domu doprowadza mnie do szału. Całe szczęście w czwartek chyba zrobimy próbę generalną, jak po tym dniu nie wyląduję w łóżku z zapaleniem płuc, to znaczy, że już jest dobrze. Dawno już nic też nie oglądałam. Myślę, że ma to po prostu swoje podłoże w tym, że nie mam co oglądać, ale chcieć to móc, dlatego chyba wcale mi się nie chce. Ale dzisiaj chyba złamię to embargo i zaserwuję sobie coś milusiego. Wielki Gatsby czy Miami Vice? Całkowicie odmienne filmy, ale nic nie zaszkodzi, aby podać je jeden po drugim. Chyba, że prędzej zmorzy mnie sen...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz