niedziela, 13 listopada 2011

Damn, it's Sunday!

 Uwielbiam wczorajszy dzień. Weekend przepłynął mniej więcej tak, jak go sobie zaplanowałam, czyli świetnie!
Ostatnio w ogóle wszystko jakoś się układa, mam już na siebie pomysł, myślenie nie sprawia mi bólu a samo wstanie z łóżka nie jest mordercze. Oznaka nadchodzącej idylli? Pewnie nie, ale pozwalam sobie tak myśleć. W każdym razie, podoba mi się tak jak jest i wydaje mi się, że nie byłoby głupio, gdyby tak zostało.


Wrażenia z koncertu - nieopisywalne. 
Jak dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest stanie nie pod sceną, ale gdzieś pod ścianą, gdzie można spokojnie zamknąć oczy i chłonąć muzykę, nie tracąc przy okazji niczego, co ważne.Tak też robię, i właśnie to sprawia mi niewyobrażalną radość.

Infantylne, ale nie mogłam się powstrzymać - autograf Grabaża;)
Siedzę sobie teraz z wieeeelkim kubolem kawy z mlekiem z racji małej ilości przespanych godzin. Odprawiliśmy rodziców i świętujemy tydzień wolności. Lubię jak ich nie ma, nie tylko dlatego, że nie ma też kogoś, kto ciągle mi coś każe, tylko dlatego, że mam poczucie, że oni odpoczywają. Od dzieciaków, pracy, znajomych. Każdemu należy się jakiś czas odpoczynku, a oni mają go tylko tyle, ile sami wygospodarują, bo nie mogą przecież pójść do szefa i kazać sobie dać trzech tygodni urlopu.  

Jutro znowu zaczyna się kolejny tydzień, co nieustannie przybliża mnie to spełnienia się moich marzeń. Wiem już, co chcę studiować, na jakim przedmiocie się skoncentrować i jak to robić. Teraz wystarczy tylko wpasować się w tą konwencję i 'jechać z tematem'. Proste;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz