środa, 9 listopada 2011

Yesterday starts tomorrow, tomorrow starts today.





Stres przed jutrem odbiera mi chęć do życia. I nie chodzi mi tutaj o ten występ, którego jakość przedstawia się mniej więcej gdzieś pomiędzy występem Dody a Ewy Farny, bardziej o to, co nastąpi jutro, czyli język niemiecki. Na myśl o tym przedmiocie, przed oczami mam tylko i wyłącznie strach, nieprzyjemne uczucie ściskania w żołądku, co pewnie każdy wiele razy w życiu spotykał. Będę musiała przeżyć, notabene tylko to i długi weekend! Przepełnia mnie uczucie szczęścia, kiedy w końcu spędzę trochę czasu w domu albo z Babcią. 





















Wczoraj śnił mi się zapach miasta. Nie wiem  czemu, świadczy to chyba o mojej tęsknocie do wielkiej metropolii, tej niepowtarzalnej atmosfery, masy ludzkiej wylewającej się z metra, spieszącej do pracy. Mam takie wrażenie, po prostu najlepiej śpi mi się w mieście, najlepiej wstaje, najlepiej robi. Nie jestem stworzona do życia na wsi, natura za bardzo mnie nudzi. Owszem, jest piękna, cudowna i odprężająca, jednak nic nie może się równać z atmosferą miasta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz