sobota, 29 grudnia 2012
Incubus
Sobotnie przesiadywanie w domu okazało się jednym, z najbardziej przyjemnych od dawna. Wczorajszy wypad zresztą też nie był zły.
Niestety, całkiem przyziemne lekkie załamanie trochę zbiło mnie z tropu. Nie odpuszcza, daje znać o sobie w niektórych chwilach, mocniej czy lżej, ale zawsze równie bolesne.
Zauroczona nowymi filmami, serialami i książkami jestem właśnie po pierwszym sezonie poleconego mi przez znajomą serialu Flight of the Conchords. Uwielbiam niecodzienny, całkiem ciekawy humor, brak cudów i aspekty codziennego życia.
środa, 26 grudnia 2012
Tumble down the years.
Dzisiejszy dzień był bardzo dobrym dniem. Szybko zleciał, bo i szybkie tempo nadaliśmy. Teraz, siedząc z najzwyklejszą lurowatą herbatą na świecie podsumowuję ostatnie działania, które notabene na złe nie wychodzą.
wtorek, 25 grudnia 2012
Mis deseos.
Wracając dziś nad ranem do domu, pomyślałam, że już drugie święta spędzam w dosyć niekonwencjonalny sposób. Warto jest świętować cokolwiek (w moim przypadku narodzenie kogokolwiek jest dosyć umowne), kiedykolwiek i jakkolwiek, chętnie się przy tym dzieląc i ciesząc.
Dzisiejszy dzień także zapowiada się bardzo miło ze względu na obiad, który miał być zjedzony w wąskim gronie rodzinnym, jednak gościnność zakazuje przypatrywania się bezsensownej samotności, dlatego zjemy go w powiększonym chyba do granic możliwości składzie.
Te święta są jakieś wyjątkowe, albo czy tylko ja to czuję?
Dzisiejszy dzień także zapowiada się bardzo miło ze względu na obiad, który miał być zjedzony w wąskim gronie rodzinnym, jednak gościnność zakazuje przypatrywania się bezsensownej samotności, dlatego zjemy go w powiększonym chyba do granic możliwości składzie.
Te święta są jakieś wyjątkowe, albo czy tylko ja to czuję?
niedziela, 23 grudnia 2012
Cold December Night
Uwielbiam swój przystrojony pokój, cudowną atmosferę świąt i to ciepło. Z włączonymi świątecznymi utworami Michaela Buble, świeczkami o zapachu wanilii, marcepanowym latte mogłabym siedzieć i siedzieć godzinami. Niestety, moje oczy nie mogą powiedzieć tego samego, dlatego uciekam do spania za chwileńkę. Czuję, że to będą najpiękniejsze święta mojego życia jak dotychczas...
środa, 19 grudnia 2012
King Charles - Loveblood
Czy jest na świecie ktoś, kto imponuje mi swoim stylem, lekkością bycia, skromnością połączoną z elegancką wystawnością? Jakaś istota, która ma niezwykły talent, a wykorzystując go daje radość innym.
Jakiś czas temu pisałam o wykonawcy King Charles. Ten interesujący 27-latek z jeszcze bardziej oryginalną fryzurą robi oszałamiającą karierę nie tylko w Wielkiej Brytanii, gdzie się urodził. Jego niedawny debiutancki album wydany w maju tego roku okazał się na tyle dobry, że powoli odkrywają go mieszkańcy całego świata.
Ja odkryłam Charlsa Costę (bo tak nazywa się naprawdę) w wakacje, kiedy dosyć często w radiowej III PR leciał jego przebój Lady Percy.
Jak mogłabym określić jego muzykę?
Skłaniającą się w stronę bardzo melodyjnego folk-popu, alternatywy i indie, lekką, ale dosyć złożoną technicznie i zróżnicowaną rytmicznie. Do tego świetne, niekiedy ironiczne i metaforyczne teksty, które składają album Loveblood jako jedną, idealną całość.
Co pociąga mnie w tym człowieku?
Przede wszystkim jego styl. Uwielbiam nieco pompatyczne i eleganckie stroje, ciekawi mnie dobór dodatków i ekspresja samego siebie poprzez nietypowe elementy. Zauważyłam wielkie podobieństwo między nami, szczególnie w miłości do kołnierzy, sztybletów, eleganckich skórzanych butów, swetrów, marynarek i koszul.
Reasumując, polecam posłuchać muzyki tego człowieka, być może stanie się pewnego rodzaju inspiracją, bodźcem do kreatywności czyjejkolwiek.
niedziela, 16 grudnia 2012
Soro
Weekend spędzony w tendencyjnie świetnym towarzystwie.
Jego resztkę spędzam odpoczywając w domu, ciesząc się z nadchodzących świąt (a przede wszystkim kilku dni wolnych od szkoły). Za każdym wspomnieniem o tym szczególnym czasie przepełnia mnie dziecięca niecierpliwość, która chyba nie tylko we mnie odradza się nawet w wieku, w którym być może "nie wypada".
Aktualnie, siedząc na fotelach i kanapach, wśród przyjemnego, przytłumionego światła lamp, pozornie zajęci własnymi sprawami, oglądamy koncert Salif Keity na TVP Kultura. Ciekawa jest czasem ta odskocznia od codziennej muzyki i wsłuchanie się w nuty "afro-popu", jak to określiła Wikipedia.
Człowiek znany nie tylko z bycia najbardziej znanym albinoskim muzykiem, ale również z pełnych ciepłego słowa otuchy tekstów jego wspaniałej muzyki. Pobieżnie przestudiowana biografia mężczyzny (przede wszystkim jego Best World Music Award w 2010 roku) pokazuje, że nie tylko mi przypadła do gustu jego twórczość. Polecam wszystkim powtórkę koncertu z 1995 roku w Niemczech.
Widać, warto czasem przeprowadzić świadomą i stymulowaną odskocznię od trudów dnia codziennego i po prostu wsłuchać się w coś totalnie innego, zobaczyć to przyjemne skupienie na twarzach muzyków, ich chęć do improwizacji, radość z występowania przed publicznością.
Jego resztkę spędzam odpoczywając w domu, ciesząc się z nadchodzących świąt (a przede wszystkim kilku dni wolnych od szkoły). Za każdym wspomnieniem o tym szczególnym czasie przepełnia mnie dziecięca niecierpliwość, która chyba nie tylko we mnie odradza się nawet w wieku, w którym być może "nie wypada".
Aktualnie, siedząc na fotelach i kanapach, wśród przyjemnego, przytłumionego światła lamp, pozornie zajęci własnymi sprawami, oglądamy koncert Salif Keity na TVP Kultura. Ciekawa jest czasem ta odskocznia od codziennej muzyki i wsłuchanie się w nuty "afro-popu", jak to określiła Wikipedia.
Człowiek znany nie tylko z bycia najbardziej znanym albinoskim muzykiem, ale również z pełnych ciepłego słowa otuchy tekstów jego wspaniałej muzyki. Pobieżnie przestudiowana biografia mężczyzny (przede wszystkim jego Best World Music Award w 2010 roku) pokazuje, że nie tylko mi przypadła do gustu jego twórczość. Polecam wszystkim powtórkę koncertu z 1995 roku w Niemczech.
Widać, warto czasem przeprowadzić świadomą i stymulowaną odskocznię od trudów dnia codziennego i po prostu wsłuchać się w coś totalnie innego, zobaczyć to przyjemne skupienie na twarzach muzyków, ich chęć do improwizacji, radość z występowania przed publicznością.
wtorek, 11 grudnia 2012
TeenVogue
No, na szczęście te prognozy były tylko czcze, dzień udał się bardzo wspaniale :) Oprócz moich osobistych, matematycznych sukcesów cały dzień był pełen śmiechu i pewnych miłych zbiegów okoliczności. Mimo fatalnego startu z ulgą przyznaję, że te przyjemne incydenty całkowicie go zrekompensowały.
Ciągle zastanawiam się nad wyborem dodatków do studniówkowej kreacji. Boję się przesadzić, jednocześnie łącząc kolory w poczuciu dobrego smaku, w stylu glamour i haute couture. Chciałabym wyglądać elegancko, ale nie staro, bogato, ale nie snobistycznie. Bardzo trudno wyważyć jest ten moment przekroczenia linii, często dla wielu zbyt cienkiej. Do czarnej, długiej sukienki zdecydowałam dobrać granatowe/fioletowe/srebrne dodatki. Na pewno wybiorę dwa spośród tych trzech kolorów. Zobaczymy, co wyjdzie z moich zapatrywań na styczeń:)
Wczoraj przyszedł wraz z panem Kurierem mój prezent mikołajkowy! Jest to książka wyd. Znak "Sukces według Teen Vogue. Praktyczne porady tych, którzy rządzą światem mody".
W jeden dzień przeczytałam połowę wywiadów, które niesamowicie oddały ducha pracy nie tylko projektanta, ale i stylisty, fotografa, redaktorki lub blogerki. Szkoda, że często brakuje mi odwagi, by zacząć robić cokolwiek w tym kierunku, rozwijać się, myśleć o modzie nie tylko jako hobby, ale i także przyszłej karierze. Na szczęście po przeczytaniu już kilkudziesięciu stron tej książki czuję się silniejsza. Zobaczymy, co będzie na końcu.
Ciągle zastanawiam się nad wyborem dodatków do studniówkowej kreacji. Boję się przesadzić, jednocześnie łącząc kolory w poczuciu dobrego smaku, w stylu glamour i haute couture. Chciałabym wyglądać elegancko, ale nie staro, bogato, ale nie snobistycznie. Bardzo trudno wyważyć jest ten moment przekroczenia linii, często dla wielu zbyt cienkiej. Do czarnej, długiej sukienki zdecydowałam dobrać granatowe/fioletowe/srebrne dodatki. Na pewno wybiorę dwa spośród tych trzech kolorów. Zobaczymy, co wyjdzie z moich zapatrywań na styczeń:)
Wczoraj przyszedł wraz z panem Kurierem mój prezent mikołajkowy! Jest to książka wyd. Znak "Sukces według Teen Vogue. Praktyczne porady tych, którzy rządzą światem mody".
"Niezastąpiony poradnik dla wszystkich, którzy chcieliby pisać o modzie, projektować, stylizować albo fotografować modę. Albo robić cokolwiek innego związanego z modą"
Anna Wintour
| źródło: weheartit.com |
poniedziałek, 10 grudnia 2012
The worst day. EVER.
Tak oto zaczął się najbardziej pechowy dzień z mojego życia:
Około 5:00 rano obudziłam się w ponadprzeciętnie złej kondycji fizycznej oraz marnym stanie zdrowia. Nie zaszkodziło to jednak, po porcji tabletek i szklance wody położyć mi się jeszcze w ciepłym łóżeczku na godzinkę, żeby "dospać" zmęczenie. Byłam pewna, że wstanę około 6:00, zdążę przygotować się do szkoły i ogólnie spędzę miły dzień. Niestety, obudził mnie głos mojego ojca pytającego, dlaczego o 7:00 jestem jeszcze w łóżku (tak, zaspałam). Nie byłoby w tym nic BARDZO strasznego, gdyby nie fakt, że obudziłam się prawie z atakiem serca i drżącymi rękami mając jeszcze przed oczami najstraszniejszy (i bez wątpienia najb a r d z i e j realistyczny) sen mojego życia. Szczegółów zdradzać nie będę, ale nigdy w moich snach tak perfidnie nie przedstawiono żadnych moich fobii i lęków, jednocześnie odsuwając ode mnie przyjaciół i znajomych tak, abym została z nimi tylko ja sama. Do teraz na samo wspomnienie serce zaczyna jakby szybciej bić. Chcąc zapisać szybko moje senne wspomnienia, jak to zostało polecone w książce Jak zostać pisarzem, skorzystałam z telefonu, ponieważ nie posiadałam nic innego pod ręką. Kończąc już swoją wypowiedź stała się kolejna, smutna rzecz. Telefon odmówił mi posłuszeństwa, a kolejny reset tylko pogorszył sprawę. Tak więc zostałam bez telefonu, spóźniona na lekcje i z marną kondycją zarówno fizyczną jak i psychiczną.
Czy jest jakakolwiek pozytywna strona tego dziwnego, śmiesznego zrządzenia losu? Pewnie tak, ale ja o tym dowiem się dopiero po jakimś czasie. Kolejno, wszystkie urządzenia elektroniczne, układ immunologiczny odmawiają mi posłuszeństwa, a ja? Siedzę i narzekam, bo tylko to mi pozostało.
Około 5:00 rano obudziłam się w ponadprzeciętnie złej kondycji fizycznej oraz marnym stanie zdrowia. Nie zaszkodziło to jednak, po porcji tabletek i szklance wody położyć mi się jeszcze w ciepłym łóżeczku na godzinkę, żeby "dospać" zmęczenie. Byłam pewna, że wstanę około 6:00, zdążę przygotować się do szkoły i ogólnie spędzę miły dzień. Niestety, obudził mnie głos mojego ojca pytającego, dlaczego o 7:00 jestem jeszcze w łóżku (tak, zaspałam). Nie byłoby w tym nic BARDZO strasznego, gdyby nie fakt, że obudziłam się prawie z atakiem serca i drżącymi rękami mając jeszcze przed oczami najstraszniejszy (i bez wątpienia najb a r d z i e j realistyczny) sen mojego życia. Szczegółów zdradzać nie będę, ale nigdy w moich snach tak perfidnie nie przedstawiono żadnych moich fobii i lęków, jednocześnie odsuwając ode mnie przyjaciół i znajomych tak, abym została z nimi tylko ja sama. Do teraz na samo wspomnienie serce zaczyna jakby szybciej bić. Chcąc zapisać szybko moje senne wspomnienia, jak to zostało polecone w książce Jak zostać pisarzem, skorzystałam z telefonu, ponieważ nie posiadałam nic innego pod ręką. Kończąc już swoją wypowiedź stała się kolejna, smutna rzecz. Telefon odmówił mi posłuszeństwa, a kolejny reset tylko pogorszył sprawę. Tak więc zostałam bez telefonu, spóźniona na lekcje i z marną kondycją zarówno fizyczną jak i psychiczną.
Czy jest jakakolwiek pozytywna strona tego dziwnego, śmiesznego zrządzenia losu? Pewnie tak, ale ja o tym dowiem się dopiero po jakimś czasie. Kolejno, wszystkie urządzenia elektroniczne, układ immunologiczny odmawiają mi posłuszeństwa, a ja? Siedzę i narzekam, bo tylko to mi pozostało.
Stadium Arcadium.
Siedząc przed matematyką i stosem innych, baaardzo ciekawych i zajmujących powinności napadła mnie nieodparta ochota na pisanie. Jako, iż robienie zdjęć jest chwilowo utrudnione z racji braku odpowiedniego programu na zastępczym komputerze, muszę radzić sobie z tymi, które znajduję w czeluściach nieprzepasanych, internetowych schowkach.
Z kakao w ręce jednej, mając pudło chusteczek w ciągłej gotowości sprostania wymaganiom mojego kataru i jego przyjaciół, kaszlu, bólu głowy i gorączki, staram się wciąż i wciąż być na tyle aktywna, na ile pozwala mi uporczywe pieczenie podrażnionej skóry nosa (który swoją drogą trochę za wcześnie, bo jeszcze przed świętami, jest czerwony jak u Mikołaja, renifera).
Jak zwykle, kiedy ogarnia mnie bezkresne poczucie bezsensowności studiuję sobie (we własnym zakresie zdolności, rzecz jasna) obrazy Salvadora Dali'ego, czytam po raz tysięczny Myśli nieuczesane, jednocześnie słuchając Gogola Boredllo.
Do tego, wczytałam się w Sto lat samotności, Marqueza, które wciągnęło mnie do tego stopnia, że pomimo zmęczenia czytałam je pół nocy, drugie pół nie mogąc zasnąć.
Przeglądając dziś jakąś stronę internetową natrafiłam na trasę koncertową brytyjskiego muzyka, który dumne nazwał się King Charles. Poznałam jego muzykę w wakacje za sprawą Programu Trzeciego Polskiego Radia i od razu spodobały mi się jego podejście do muzyki instrumentalnej, folkowych porywach i ciekawej, rzadko spotykanej kreacji scenicznej. Marzeniem mym pojechać na ten koncert do samego Londynu, ale niestety, ani to czas odpowiedni, ani miejsce pobytu, dlatego poczekam sobie, aż kariera zagoni go aż do Polszy, którą być może odwiedzi (kiedyś).
Z kakao w ręce jednej, mając pudło chusteczek w ciągłej gotowości sprostania wymaganiom mojego kataru i jego przyjaciół, kaszlu, bólu głowy i gorączki, staram się wciąż i wciąż być na tyle aktywna, na ile pozwala mi uporczywe pieczenie podrażnionej skóry nosa (który swoją drogą trochę za wcześnie, bo jeszcze przed świętami, jest czerwony jak u Mikołaja, renifera
Jak zwykle, kiedy ogarnia mnie bezkresne poczucie bezsensowności studiuję sobie (we własnym zakresie zdolności, rzecz jasna) obrazy Salvadora Dali'ego, czytam po raz tysięczny Myśli nieuczesane, jednocześnie słuchając Gogola Boredllo.
Do tego, wczytałam się w Sto lat samotności, Marqueza, które wciągnęło mnie do tego stopnia, że pomimo zmęczenia czytałam je pół nocy, drugie pół nie mogąc zasnąć.
Przeglądając dziś jakąś stronę internetową natrafiłam na trasę koncertową brytyjskiego muzyka, który dumne nazwał się King Charles. Poznałam jego muzykę w wakacje za sprawą Programu Trzeciego Polskiego Radia i od razu spodobały mi się jego podejście do muzyki instrumentalnej, folkowych porywach i ciekawej, rzadko spotykanej kreacji scenicznej. Marzeniem mym pojechać na ten koncert do samego Londynu, ale niestety, ani to czas odpowiedni, ani miejsce pobytu, dlatego poczekam sobie, aż kariera zagoni go aż do Polszy, którą być może odwiedzi (kiedyś).
niedziela, 9 grudnia 2012
The way you make me feel.
Niedziela. Przez połowę tego pięknego (serio?) dnia próbowałam dostać się do domu, kolejne godziny spędziłam na odsypianiu oraz doprowadzaniu się do porządku. Jak skończyłam? Z kubkiem pełnym herbaty z gorzką cytryną, siedząc przed komputerem, oglądając bzdurne filmiki. W końcu postanowiłam wziąć się za coś lepszego (skoro moje własne, napisane na kartce, niedzielne plany raczej n i e wypalą, tj. 8 tematów z historii, notatka na blogu , nauka do sprawdzianu z biologii i matematyka). Trochę rozczarowana jestem sobą także na polu zdjęciowym, wczorajsza pogoda była idealna do stworzenia czegoś pięknego, ale zabrakło mi czasu.
No cóż, zakatarzona mam nadzieję dokończyć posta, obejrzeć jakiś stary odcinek Plotkary, pograć w CS'a i iść do łóżka. Najlepiej na cały tydzień.
Ostatnio nasila się we mnie uczucie, że im bliżej matury, czym bardziej zbliża się czas tego ważnego wydarzenia, ja czuję się coraz słabsza. W porównaniu do marzeń z poprzednich lat absolutnie nie widzę siebie teraz jako studenta wyższej polskiej uczelni. Może to tylko z tytułu zimowej melancholii. Albo po prostu znudzenia. Być może przerażenie tym, że miałabym utknąć w czymś, czego nie lubię, z ludźmi których nie znam, bez przyjaciół, bez perspektyw odsuwa mnie od prawdziwego powodu, dla którego chciałabym studiować. Marznę.
No cóż, zakatarzona mam nadzieję dokończyć posta, obejrzeć jakiś stary odcinek Plotkary, pograć w CS'a i iść do łóżka. Najlepiej na cały tydzień.
Ostatnio nasila się we mnie uczucie, że im bliżej matury, czym bardziej zbliża się czas tego ważnego wydarzenia, ja czuję się coraz słabsza. W porównaniu do marzeń z poprzednich lat absolutnie nie widzę siebie teraz jako studenta wyższej polskiej uczelni. Może to tylko z tytułu zimowej melancholii. Albo po prostu znudzenia. Być może przerażenie tym, że miałabym utknąć w czymś, czego nie lubię, z ludźmi których nie znam, bez przyjaciół, bez perspektyw odsuwa mnie od prawdziwego powodu, dla którego chciałabym studiować. Marznę.
środa, 5 grudnia 2012
What's new in December?
Podsumowanie listopadowych wyzwań tuż przede mną.
- zapoznać się bliżej z filmami Ewy Ch.
(tutaj niestety brak mi pola do pochwalenia się swoimi osiągnięciami, Ewę porzuciłam niestety dawno temu. Najgorsze, że nie widzę kolejnego podjęcia się próby...)
- przeczytać CO NAJMNIEJ jedną książkę Agaty Christie
(zrobione! "Niemy świadek", jak zawsze genialna:)
- przeczytać dodatkowo inną dowolną książkę (pewnie będzie to Dziennik norymberski)
(przeczytałam tylko Jądro Ciemności, co nie było wielkim wyzwaniem, ale za to nadrobiłam zaległości w magazynach modowych, wnętrzarskich, politycznych itp.)
- czerpać przyjemność z wieczornych wypadów wtorkowych (i przede wszystkim uczęszczać na nie)
(to rozleciało się z kilku przyczyn, niestety)
- obejrzeć co najmniej 3 filmy, które obejrzeć powinnam była dawno temu
(obejrzałam Sprawę Gorgonowej, Żółty szalik, Cyrk Motyli, Przerwaną lekcję muzyki, Skyfall i Francuski numer. Pozycje może niezbyt topowe w moim rankingu, ale nie powiem, że złe)
- uczyć się historii (matura nie zając, ale jednak zdać ją jakoś trzeba) + plan na listopad - średniowiecze
(średniowiecze listopadowe totalnie nie wzięte do serca. Efekt - niesamowite zaległości)
- spędzić te kilka dodatkowych urlopowych dni zagranicą jak najowocniej
(ooo tak :D)
- zaprzestać przyjaźni z P. Junky Food
(listopad zdecydowanie był tym miesiącem, który odepchnął mnie od tego pana z całkowitym sukcesem)
Grudzień właściwie już troszkę w połowie jakby, ale nigdy nie wolno szukać sobie bocznych furtek:
- kolejna książka Agaty Christie
- przyłożenie się do historii
- matematyka, matematyka, matematyka...
- studniówkowa sukienka!(i buty, i torebka, i fryzura, i kolczyki, i bransoletka, i miljon innych rzeczy)
- DOGŁĘBNE (i kilkukrotne) przeczytanie zamówionej książki - prezentu mikołajkowego
- w Nowy Rok wejść z większą pewnością siebie
Love lust
Konkurs poszukiwań sukienkowych jak na razie odroczony z powodu braku materiału do pracy. Trochę żem została rozczarowana takim nastawieniem sklepów sieciowych na sprzedawanie łatwe, tanie i marnej jakości (przy okazji baaardzo słabego wyboru i rozmaitości). Z drugiej strony niektóre propozycje wydawały mi się być niesamowicie pięknymi propozycjami i zachwycającym dbaniem o klienta. Pozostało jednak jeszcze całkiem sporo czasu na przeszukiwanie źródeł inspiracji oraz sklepów.
Tak mi się zebrało na niedawne wspomnienia.
Poza tym, dzisiejsze TOFFENUT LATTE (polecam absolutnie wszystkim na zimowe dni) wprawiło mnie w cuuudownie świąteczny nastrój, przy okazji "zasładzając" mnie na kilka kolejnych godzin. Cóż, zawsze to miłe pocieszenie nieudanych zakupów (choć, co prawda udało mi się załapać na listopadowe wydanie Filmu).
Teraz, całkiem niechętnie, zabieram się do historii, w duchu przeklinając moje lenistwo starać się będę nadrobić stracone godziny na opierniczaniu się.
Tak mi się zebrało na niedawne wspomnienia.
Poza tym, dzisiejsze TOFFENUT LATTE (polecam absolutnie wszystkim na zimowe dni) wprawiło mnie w cuuudownie świąteczny nastrój, przy okazji "zasładzając" mnie na kilka kolejnych godzin. Cóż, zawsze to miłe pocieszenie nieudanych zakupów (choć, co prawda udało mi się załapać na listopadowe wydanie Filmu).
Teraz, całkiem niechętnie, zabieram się do historii, w duchu przeklinając moje lenistwo starać się będę nadrobić stracone godziny na opierniczaniu się.
wtorek, 4 grudnia 2012
Wielozadaniowi.
Można jeść przy muzyce, uprawiać jogging przy muzyce, zasypiać przy muzyce lub budzić się przy niej - ale czy da się przy muzyce słuchać muzyki?Na te słowa natrafiłam całkowicie przypadkowo, biorąc w ręce Gazetę Wyborczą, a raczej jej jedną wyciągniętą kartkę. Zachęciły mnie one całkiem skutecznie do wczytania się w resztę artykułu autorstwa Zygmunta Baumana, socjologa i filozofa, który pod lupę wziął możliwość zmieszczenia 9,5 godziny konsumpcji mediów przez młodych ludzi w 6,5 godziny czasu rzeczywistego. Wydaje się niemożliwe, ale przestudiowanie artykułu dało mi znakomitą odpowiedź. Jak mówi Bauman w swoim eseju, "przeciętnemu Brytyjczykowi udaje się wtłoczyć 8 godzin i 48 minut kontaktu z mediami w nieco ponad 7 godzin konsumpcji mediów."
W dobie dzisiejszych wynalazków, które pozwalają nam jednocześnie słuchać muzyki, oglądać program telewizyjny, czytać książkę i przeglądać portale internetowe nic nie wydaje się już awykonalne. Wręcz przeciwnie, kiedy oglądając programy informacyjne w tym samym momencie trzymam laptopa na kolanach czuję się bardziej "otwarta" na świat, przywiązana do niego, lepiej poinformowana. Banalnie prosty nawet dla starszych i dzieci dostęp do wszelakich newsów, wiedzy czy sposobów na wykonanie czynności stał się idealną pożywką dla tych, którzy chcą wykorzystać ludzkie przyciąganie do tego, co miłe i przyjemne.
Tak więc artykuły stają się łatwiejsze do przeczytania, trudne słowa wyparte przez te czytelne, przyciągające czytelnika. Filmy niekomercyjne znaleźć można w kinach tylko studenckich albo mniej znanych, a słuchając prezentera w telewizyjnych wiadomościach ma się wrażenie, jakby czytał on prędzej Słonia Trąbalskiego, nie ważne informacje ze świata i kraju.
Co więcej, łatwość odnajdywania informacji sprawiła, że nie uczymy się już pewnych rzeczy na pamięć, bo i co po, skoro zawsze można je mieć pod ręką. Z jednej strony to świetna wiadomość dla tych, dla których nauka sprawiała problemy. Z drugiej, w perspektywie kilkunastu kolejnych lat nikt nie będzie potrafił obejść się bez dostępu do Internetu. Kolejnym zagrożeniem jest szybkie "wyrzucanie" przeczytanych informacji. Perspektywa natychmiastowego zapominania, pisze Bauman, nie jest w tym wypadku ani niepokojąca, ani mile widziana. Staje się po prostu nieistotna. Dawne ostrzeżenie: "Jednym uchem wleci, drugim wyleci", nie zostałoby dziś ani potraktowane poważnie, ani wyśmiane. Najprawdopodobniej nie zostałoby w ogóle zrozumiane.
niedziela, 2 grudnia 2012
People are strange,
when you are stranger...
Moja chroniczna absencja spowodowana brakiem komputera mojego personalnego, który pomimo tego, że jest stary i kompletnie niezdatny do pracy na nim, daje mi dosyć inspiracji zawartością swoich folderów, których nie ma.
Aktualnie przeczesuję jutuba w poszukiwaniu jakichś piosenek The Doors'ów, całkiem nieskutecznie próbując zmusić się do pracy. Jednocześnie staram się zapanować nad jakimśkolwiek z nowych problemów, wyrastających raz po raz. Boję się.
Moja chroniczna absencja spowodowana brakiem komputera mojego personalnego, który pomimo tego, że jest stary i kompletnie niezdatny do pracy na nim, daje mi dosyć inspiracji zawartością swoich folderów, których nie ma.
Aktualnie przeczesuję jutuba w poszukiwaniu jakichś piosenek The Doors'ów, całkiem nieskutecznie próbując zmusić się do pracy. Jednocześnie staram się zapanować nad jakimśkolwiek z nowych problemów, wyrastających raz po raz. Boję się.
niedziela, 18 listopada 2012
Ivory road.
Niemieckie piwo.
Australijski hardrock.
Niedziela pod znakiem studniówkowych sukienek, francuskich piosenek ( Jacques Dutronc, Dalida, Ch. Aznavour, Becaus, B. Bardot etc.), mandarynkowego zapachu w całym domu, pogody dobrej dla tych z depresją, matematyki, nowych planów i rozczarowań.
Mam ochotę na film z Francją w tle. Przeczucie mnie ostrzega, że tym razem będzie to hit ostatnich lat "Julie&Julia", który znam prawie że na pamięć. Tak więc zabieram się do roboty, najpierw doprowadzenie siebie do porządku, później całego domu, trochę nauki i na koniec zasłużony i jakże przyjemny schyłek niedzieli z filmem (na ekranie) i kawą (w ręku).
czwartek, 15 listopada 2012
How to fight loneliness?
How to fight loneliness?
Smile all the time,
shine your teeth to meaningless
and sharpen them with lies
And whatever is going down,
will you follow around.
That's how you fight loneliness.
You laugh at every joke,
drag your blanket blindly,
fill your heart with smoke.
And the first thing that you want
will be the last thing you'll ever need.
That's how you fight it.
Just smile all the time.
Just smile all the time.
Just smile all the time.
Just smile all the time.
Smile all the time,
shine your teeth to meaningless
and sharpen them with lies
And whatever is going down,
will you follow around.
That's how you fight loneliness.
You laugh at every joke,
drag your blanket blindly,
fill your heart with smoke.
And the first thing that you want
will be the last thing you'll ever need.
That's how you fight it.
Just smile all the time.
Just smile all the time.
Just smile all the time.
Just smile all the time.
Cały czas czuję się dziwacznie, trochę melancholijnie, ogólnie raczej negatywnie. Terminy cały czas się zazębiają, ludzie czegoś chcą, oczekują, wymagają, a ci, na których mi zależy dziwnie i niebezpiecznie się oddalają.
Najgorsze jest to, że mimo odpoczynku, snu, jakiejś tam regeneracji swojego ciała i duszy wcale nie jest mi lepiej. Czuję się coraz bardziej zmęczona, jakby te wszystkie problemy i treści zaległy jak płaszcz na moich barkach skutecznie oddzielając mnie od szczęścia i uznania.
Czuję, że błędne koło, w które wpadłam coraz bardziej daje mi się we znaki. Z jednej strony totalne zmęczenie, dzięki któremu rzeczy potrzebne robię tak, żeby tylko je mieć, bez żadnego wkładu intelektualnego. Potem, widząc marne tego skutki czuję się niesamowicie źle z tym, że tak słabo się staram, efekty są mierne a ja nie mam motywacji. To tyczy się stosunków moich międzyludzkich, pracy w szkole, pracy pracy, domu, hobby.
Chcę się wyrwać gdzieś na chwilkę, a może właśnie powinnam rzucić się z powrotem w wir pracy.
Kompletnie nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Jedyne, co jest mi wiadome to fakt, że dalej tak nie uciągnę. Chciałabym zyskać pomoc od kogoś z zewnątrz, ale chyba sobie po prostu nie zasłużyłam...
niedziela, 11 listopada 2012
niedziela, 4 listopada 2012
Stop wishing, start doing!
Uwielbiam formę nowego mojego pokoju. Wprawia mnie w poczucie harmonii i spokoju, zarażając jednocześnie energią i motywacją do działania. Na zdjęciu jest tylko jedna moja "modyfikacja", ale cały czas staram się gotowy już pokój przerobić według swojego gustu. W piątek powstał nowy zegar zrobiony ze starej, okrągłej, ażurowej ramy po lustrze, którą spray'em potraktowałam na srebrno, obiłam od spodu materiałem takim samym jak szufladę, a wskazówki też zrobiłam na kolor srebra. Całość mnie zachwyca, niedługo wrzucę zdjęcie.
Zainspirowana innymi blogami postanowiłam zrobić listę rzeczy, które chcę zrobić w listopadzie. Trochę się nad tym zastanawiałam, jak ją ułożyć, żeby nie było tego za dużo, i żebym się przy okazji nie znudziła i nie przeholowała. Myślę, że jakiś tam złoty środek udało się wypracować, ale końcowy efekt zobaczymy to już po pierwszym podsumowaniu.
- zapoznać się bliżej z filmami Ewy Ch.
- przeczytać CO NAJMNIEJ jedną książkę Agaty Christie
- przeczytać dodatkowo inną dowolną książkę (pewnie będzie to Dziennik norymberski)
- czerpać przyjemność z wieczornych wypadów wtorkowych (i przede wszystkim uczęszczać na nie)
- obejrzeć co najmniej 3 filmy, które obejrzeć powinnam była dawno temu
- uczyć się historii (matura nie zając, ale jednak zdać ją jakoś trzeba) + plan na listopad - średniowiecze
- spędzić te kilka dodatkowych urlopowych dni zagranicą jak najowocniej
- zaprzestać przyjaźni z P. Junky Food
Tyle na listopad, może się uda :) Wszystkim proponuję taki plan, jako formę narzuconej samodyscypliny i utraconej silnej woli.
poniedziałek, 29 października 2012
Reality, go away.
Powoli się wybudzam, słuchając czego popadnie, ale za to w dobrym humorze ze względu na dłuższy weekend, masę atrakcji i przyjemności. Dzisiejszy dzień był jedną wielką obawą, ale wszystko zmieniło się na szczęście w masę niepotrzebnych trosk i zmartwień..
czwartek, 25 października 2012
sobota, 20 października 2012
Jethro Tull
W końcu popołudnie dla siebie. Tak bardzo o nim marzyłam, że teraz nie wiem co mam z nim zrobić. Najlepiej chyba będzie, jak włączę sobie dobry film i po prostu odpocznę.
środa, 10 października 2012
niedziela, 7 października 2012
sobota, 6 października 2012
London's calling.
Jak dobrze, że czasy "długich" włosów już minęły. Teraz czas na nowe.
Tak jest, tydzień przerwy w "życiu". Zapowiada się całkiem interesująco. Jak na razie kilka miłych niespodzianek i, co najważniejsze, spokój. Do tego wieczorny, jak zawsze śmieszny seans filmowo-domowy we dwójkę, tona niezdrowego żarcia, śmiechu i atmosfery do pozazdroszczenia.
Na nowo zakochana. W nowej odsłonie. Nieco starszej, jak zawsze intrygującej, chociaż i starej nie odmówię niczego. Improv-a-Ganza to coś, bez czego moje ostatnie dni mogłyby nazywać się po prostu nudnymi a dzienne zajęcia bezcelowymi.
wtorek, 2 października 2012
Heroes.
Przez dwa dni moje ciało odmawiało jakiejkolwiek współpracy. Teraz jest lepiej, ale nadal nie czuję się w pełni sił. Na całe szczęście jutrzejszy dzień to tylko cztery lekcje i kolejna porcja sporej pracy.
Dom mi pustoszeje na kilka dni z kilku ludzi, trochę boję, bardziej cieszę. Nie mogę się doczekać jednak tego spokoju i ogromnego bałaganu. Jaka to satysfakcja, kiedy zostanie on ogarnięty przeze mnie osobiście.
Żegnam się więc po trosze znudzona, w znacznej części jednak podekscytowana.
Tym, co jutro.
Później.
Kiedyś.
Wcale?
Dom mi pustoszeje na kilka dni z kilku ludzi, trochę boję, bardziej cieszę. Nie mogę się doczekać jednak tego spokoju i ogromnego bałaganu. Jaka to satysfakcja, kiedy zostanie on ogarnięty przeze mnie osobiście.
Żegnam się więc po trosze znudzona, w znacznej części jednak podekscytowana.
Tym, co jutro.
Później.
Kiedyś.
Wcale?
niedziela, 30 września 2012
Everyone is guilty.
Nowy tydzień, nowe wyzwania/rozczarowania/uczucia.
Dzisiejszy dzień milutki, zabawny, ponadprzeciętnie przyjemny spędzony na wspominaniu niezapomnianego. Szkoda tylko, że to już koniec.
Bolą mnie oczy. Może to od ostatnich promieni umierającego słońca?
Dzisiejszy dzień milutki, zabawny, ponadprzeciętnie przyjemny spędzony na wspominaniu niezapomnianego. Szkoda tylko, że to już koniec.
Bolą mnie oczy. Może to od ostatnich promieni umierającego słońca?
środa, 26 września 2012
Relatywizm moralny.
OTOCZONA wszystkim co najlepsze:
niesamowicie pyszną herbatą z goździkami i cytryną w moim ulubionym, ikeowskim kubku
zeszytem A4
kilkoma zbiorów zadań z matematyki
długopisem
Depeche Mode
Wszystko, niczym kolejne puzzle układanki dopełnia się idealnie, zostawiając mi na deser wypaczony, wyczyszczony umysł ze wszystkim, byle nie tym co aktualnie najważniejsze.
Mam za to najfajniejszą na świecie kurtkę, którą będę widziała na innych barkach również w przyszłości. Ale przecież nic nie szkodzi, ba, czyż to nie urocze?
Jeszcze jeden dzień zgoła męczący po to tylko, by już od piątku zacząć powoli, tak skromnie, świętowanie weekendu. A w nim coś innego, nowego, fajnego.
Kończąc już, chciałabym dodać sobie i wszystkim otuchy. Otucho więc, przybądź.
niesamowicie pyszną herbatą z goździkami i cytryną w moim ulubionym, ikeowskim kubku
zeszytem A4
kilkoma zbiorów zadań z matematyki
długopisem
Depeche Mode
Wszystko, niczym kolejne puzzle układanki dopełnia się idealnie, zostawiając mi na deser wypaczony, wyczyszczony umysł ze wszystkim, byle nie tym co aktualnie najważniejsze.
Mam za to najfajniejszą na świecie kurtkę, którą będę widziała na innych barkach również w przyszłości. Ale przecież nic nie szkodzi, ba, czyż to nie urocze?
Jeszcze jeden dzień zgoła męczący po to tylko, by już od piątku zacząć powoli, tak skromnie, świętowanie weekendu. A w nim coś innego, nowego, fajnego.
Kończąc już, chciałabym dodać sobie i wszystkim otuchy. Otucho więc, przybądź.
środa, 19 września 2012
Never let me down again.
No i się zaczęło, jestem chora. Pierwszy dzień spędzony absolutnie na robieniu niczego. Oprócz krótkiej wizyty u lekarza miałam godziny okazji do czytania i oglądania.
Bardziej teraz książkowo i muzycznie u mnie, niż filmowo. Oprócz tych dwóch przypadkowych niedawnych wizyt w kinie na "dziełach", które zapewne za tydzień wypadną mi z głowy nie obejrzałam nic, co mogłoby jakkolwiek się przydać mi w życiu.
Jutro pierwsze starcie z p. Matematyką co to to na maturze będzie mnie testować.
| Bezpowrotnie się zakochałam. |
Bardziej teraz książkowo i muzycznie u mnie, niż filmowo. Oprócz tych dwóch przypadkowych niedawnych wizyt w kinie na "dziełach", które zapewne za tydzień wypadną mi z głowy nie obejrzałam nic, co mogłoby jakkolwiek się przydać mi w życiu.
Jutro pierwsze starcie z p. Matematyką co to to na maturze będzie mnie testować.
niedziela, 16 września 2012
wtorek, 28 sierpnia 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Lady Percy.
Ludzie boją się szczerego i zwykłego uśmiechu. Z początku niepewni, potem zaczynają mięknąć i często tylko to wystarczy, aby z stanowczego i nieprzyjemnego człowieka zrobić kogoś miłego i uprzejmego.
Jak to jest, że mając dzisiaj tak wiele sposobów na wyrażanie emocji stajemy się głazami odpornymi na szczęście. Bronimy się przed nim, a przecież często tak mało wystarczy.
Przestańmy stawać się persona non grata we własnym życiu, przecież to nie o to chodzi.
Jak to jest, że mając dzisiaj tak wiele sposobów na wyrażanie emocji stajemy się głazami odpornymi na szczęście. Bronimy się przed nim, a przecież często tak mało wystarczy.
Przestańmy stawać się persona non grata we własnym życiu, przecież to nie o to chodzi.
Rolki & Trójmiasto
czwartek, 23 sierpnia 2012
Fuel up your mind.
Dzisiaj czas przyszedł na Beachcombers Windowsill.
Strasznie tutaj zimno, mimo zamkniętego okna, mimo ciepłych emocji i gorących jeszcze rozgrzanych strun głosowych. To już ostatnie dni w moim pokoju jako nielogicznej całości. Mam nadzieję, że to, co sobie wybrałam spełni swoją rolę, jako spokojne miejsce, do którego chce się wracać.
To by było na tyle, gonią mnie.
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
If only had I more time.
Jeszcze dwa tygodnie i zaczyna się początek końca.
Teraz, zakochana w płycie Nightingale sprzątam swój pokój do stanu normalnej używalności, co powinno zająć mi jakieś pińćset godzin. Do tego nowe wyobrażenie o tym, jak będzie on wyglądał po zmianie mebli no i strach przed nadchodzącym.
Tym razem bez zapewnień o lepszym jutrze.
Teraz, zakochana w płycie Nightingale sprzątam swój pokój do stanu normalnej używalności, co powinno zająć mi jakieś pińćset godzin. Do tego nowe wyobrażenie o tym, jak będzie on wyglądał po zmianie mebli no i strach przed nadchodzącym.
Tym razem bez zapewnień o lepszym jutrze.
sobota, 11 sierpnia 2012
Totally out of energy.
Ciekawe, czy takiego wąsa bym nosiła? Czasami brakuje mi tej swobody.
Na tym zdjęciu kompletnie nie wydaję się sobie związana z jakąś płcią. Ni to kobiece, ni to męskie.
piątek, 10 sierpnia 2012
Wish I was there.
Wygrzebane ze stosów zatrzymanych chwil.
Taką ochotę miałam na napisanie czegoś, że te kilkanaście minut wyrwanych z pracy świetnie zrekompensuje mój lepszy stan ducha na teraz i na przyszłość. Niedługo posiedzę i zrobię coś więcej niż te kilka marnych słów, ale teraz choćbym i miała czas wolny, to z pewnością przeznaczyłabym go na nadrobienie nieprzespanych godzin.
Największym pocieszeniem na dzisiaj jest fakt, że najgorsze dopiero przede mną:)
środa, 1 sierpnia 2012
Nobody's there.
Za dużo tego, co sprawia, że czas na pisanie jest zbyt ograniczony. Nie czuję się z tym ani komfortowo, ani dobrze.
Wciąż w pracy, a tu tyle rzeczy do opowiedzenia. Jak dobrze, że małe i miłe akcenty dają mi siłę.
Następnym razem.
piątek, 6 lipca 2012
We all love good news.
Zaczęły się wakacje, a wraz z nimi mnóstwo wspaniałych wiadomości. Zdany FCE to właściwie nic ze zdanym egzaminem na prawo jazdy już przy pierwszym podejściu. To napełniło mnie nadzieją na to, że jednak coś mi się w życiu uda i nie będzie tak źle i tragicznie jak to mi się wydawało.
Było też kilka wiadomości złych bądź smutnych, ale nimi się nie przejmuję, bo swoje resztki wolnego czasu wolę przeznaczać na coś bardziej kreatywnego.
Jednocześnie będąc zajęta poszukiwaniem sukienki na coraz bardziej zbliżający się ślub siostry (tak, na zdjęciu), kompletnie nie mam pojęcia co by tutaj wybrać. Zostało tylko kilka tygodni a ja mam zero motywacji do zrobienia czegokolwiek.
czwartek, 28 czerwca 2012
Sogni Rubati
Weekend ciężki się zapowiada, szczególnie dla mojej wątroby i ogólnego stanu ciała. A to źle, bo w tygodniu muszę być idealnie wypoczęta, czekając na coś szczególnie ważnego.
Już dzisiaj ostatni dzień szaleństw, tysiąca wypitych ukradkiem alkoholi, godzin przesiedzianych i prześmianych w towarzystwie dosyć tuzinkowym, spędzania czasu r a z e m i całkiem osobno.
Zobaczymy co z tego kurna wyjdzie.
środa, 27 czerwca 2012
Incommunicado
Z powodu wakacji życzę sobie więcej czasu na opanowanie bloga. Na pisanie. Na spędzanie samotnych chwil z dala od łez, smutku i melancholii. Na to, żeby nie bolały mnie oczy (jak dzisiaj), kiedy mam szaloną ochotę obejrzeć dobry film. Amen.
niedziela, 17 czerwca 2012
Jak tu za ciosem we własną twarz pójść...
Tydzień za tygodniem przemyka się tak niepostrzeżenie, że nawet tego nie zauważam. Zmienia się tylko data, nastrój i ilość filmów obejrzanych jednym tchem lub żadnym też. Idzie lato, którego się boję. Latem jest praca, jest ciepło latem, czego nienawidzę. Latem ludzie mają ochotę na zmiany, które na dłuższą metę okazują się bezwartościowe i kompletnie bez pokrycia. Każdy się łudzi, że tym razem się uda, że TO będzie to, na pewno. Tymczasem to tak jest, że się nie da. I już.
Zrozumienie to stawianie czoła rzeczywistości i przeciwstawianie się jej, jakakolwiek może lub mogłaby być.
Czasem warto czytać książki.
Uwielbiam przebywanie w mojej kuchni ze względu widoku z okna. Przede wszystkim, oczywiście.
środa, 13 czerwca 2012
This must be the place.
Kocham swój nowy dom.
Uwielbiam jego delikatną, lekko tajemniczą atmosferę.
Ubóstwiam poranną kuchnię skąpaną we wściekle żółtych promieniach słońca.
Podziwiam ciepło i przyjemność każdego zakamarka, pomijając nawet ogólny rozgardiasz.
I pomimo tego, że to nie mój styl, a elementy wykończenia totalnie nie współgrają z tymi z moich snów, czuję się tu jak w prawdziwym, przytulnym domu. W końcu.
Uwielbiam zapach powietrza zaraz po deszczu. Porównać to mogę tylko do zapachu wielkiego miasta, ściętego drzewa iglastego i mojego psa. Dziwne, ale one wszystkie dają mi złudne poczucie szczęścia i radości, tworząc otoczkę, bańkę, która ledwo namacalna ochrania mnie przed smutkami dnia codziennego.
I feel nothing. I know nothing. But I have plenty of time to solve it.
Uwielbiam jego delikatną, lekko tajemniczą atmosferę.
Ubóstwiam poranną kuchnię skąpaną we wściekle żółtych promieniach słońca.
Podziwiam ciepło i przyjemność każdego zakamarka, pomijając nawet ogólny rozgardiasz.
I pomimo tego, że to nie mój styl, a elementy wykończenia totalnie nie współgrają z tymi z moich snów, czuję się tu jak w prawdziwym, przytulnym domu. W końcu.
Uwielbiam zapach powietrza zaraz po deszczu. Porównać to mogę tylko do zapachu wielkiego miasta, ściętego drzewa iglastego i mojego psa. Dziwne, ale one wszystkie dają mi złudne poczucie szczęścia i radości, tworząc otoczkę, bańkę, która ledwo namacalna ochrania mnie przed smutkami dnia codziennego.
I feel nothing. I know nothing. But I have plenty of time to solve it.
czwartek, 31 maja 2012
Should I stay or should I go
Marzę o łóżku.
Should I stay or should I go - określone przed momentem przez Alice Cooper'a w audycji radiowej jako idealna piosenka dla żydów.
Uśmiałam się normalnie.
niedziela, 27 maja 2012
Skinny love
Planet Rock + 100 stron podręcznika od historii + herbata z cytryną i goździkami = nieprzespana noc (ale chociaż w dobrej atmosferze rocka)
Jutro relatywnie ciężki dzień, na który absolutnie nie mam ochoty. Moim małym marzeniem jest wyspanie się, dzień lenistwa, dzień bez ciągłych pretensji i kłótni, dzień spokoju i odizolowania się od wszystkiego. Niestety, w ciągu najbliższych tygodni nie przewiduję takich dni-azyli, co jeszcze bardziej mnie dołuje. Potrzebuję pocieszenia, na teraz! Jedyną ucieczką od wszystkiego jest zatopienie się w otchłaniach własnego umysłu albo przycupnięcie przy książce, która przypadkowo wybrana okazała się całkiem dobra. Dobra o tyle, że opowiada o porzuceniu dotychczasowego życia i zajęcie się przede wszystkim sobą. Brzmi znajomo, przynajmniej dla mnie. Od niedawna myślę o tym coraz częściej i częściej. Cały czas jednak coś mnie trzyma. Ciekawa jestem, czy kiedy już nie będzie nic, co mogłoby mnie powstrzymać, wystarczy mi odwagi (przede wszystkim rozwagi) i wyobraźni. Oby, oby, oby (!).
Sobotni koncert (tym razem ze mną jako jednym z wykonawców) okazał się o tyle dobry, że chłonęłam niesamowitą atmosferę prosto z pierwszego rzędu. Za tydzień kolejny, tyle, że z większą pompą.
Zasiadam ci ja do historii, czas najwyższy. Jeszcze tylko milijonpińćsetłosiem spraw i może w końcu rzeczywiście mi się uda. Oby, pewnie tak, z pewnością, na pewno, miejmy nadzieję.
środa, 23 maja 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















