poniedziałek, 10 grudnia 2012

Stadium Arcadium.

Siedząc przed matematyką i stosem innych, baaardzo ciekawych i zajmujących powinności napadła mnie nieodparta ochota na pisanie. Jako, iż robienie zdjęć jest chwilowo utrudnione z racji braku odpowiedniego programu na zastępczym komputerze, muszę radzić sobie z tymi, które znajduję w czeluściach nieprzepasanych, internetowych schowkach.

Z kakao w ręce jednej, mając pudło chusteczek w ciągłej gotowości sprostania wymaganiom mojego kataru i jego przyjaciół, kaszlu, bólu głowy i gorączki, staram się wciąż i wciąż być na tyle aktywna, na ile pozwala mi uporczywe pieczenie podrażnionej skóry nosa (który swoją drogą trochę za wcześnie, bo jeszcze przed świętami, jest czerwony jak u Mikołaja, renifera ). 

Jak zwykle, kiedy ogarnia mnie bezkresne poczucie bezsensowności studiuję sobie (we własnym zakresie zdolności, rzecz jasna) obrazy Salvadora Dali'ego, czytam po raz tysięczny Myśli nieuczesane, jednocześnie słuchając Gogola Boredllo.
Do tego, wczytałam się w Sto lat samotności, Marqueza, które wciągnęło mnie do tego stopnia, że pomimo zmęczenia czytałam je pół nocy, drugie pół nie mogąc zasnąć.


Przeglądając dziś jakąś stronę internetową natrafiłam na trasę koncertową brytyjskiego muzyka, który dumne nazwał się King Charles. Poznałam jego muzykę w wakacje za sprawą Programu Trzeciego Polskiego Radia i od razu spodobały mi się jego podejście do muzyki instrumentalnej, folkowych porywach i ciekawej, rzadko spotykanej kreacji scenicznej. Marzeniem mym pojechać na ten koncert do samego Londynu, ale niestety, ani to czas odpowiedni, ani miejsce pobytu, dlatego poczekam sobie, aż kariera zagoni go aż do Polszy, którą być może odwiedzi (kiedyś).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz