niedziela, 27 maja 2012

Skinny love













Planet Rock + 100 stron podręcznika od historii + herbata z cytryną i goździkami = nieprzespana noc (ale chociaż w dobrej atmosferze rocka)

Jutro relatywnie ciężki dzień, na który absolutnie nie mam ochoty. Moim małym marzeniem jest wyspanie się, dzień lenistwa, dzień bez ciągłych pretensji i kłótni, dzień spokoju i odizolowania się od wszystkiego. Niestety, w ciągu najbliższych tygodni nie przewiduję takich dni-azyli, co jeszcze bardziej mnie dołuje. Potrzebuję pocieszenia, na teraz! Jedyną ucieczką od wszystkiego jest zatopienie się w otchłaniach własnego umysłu albo przycupnięcie przy książce, która przypadkowo wybrana okazała się całkiem dobra. Dobra o tyle, że opowiada o porzuceniu dotychczasowego życia i zajęcie się przede wszystkim sobą. Brzmi znajomo, przynajmniej dla mnie. Od niedawna myślę o tym coraz częściej i częściej. Cały czas jednak coś mnie trzyma. Ciekawa jestem, czy kiedy już nie będzie nic, co mogłoby mnie powstrzymać, wystarczy mi odwagi (przede wszystkim rozwagi) i wyobraźni.  Oby, oby, oby (!).




Sobotni koncert (tym razem ze mną jako jednym z wykonawców) okazał się o tyle dobry, że chłonęłam niesamowitą atmosferę prosto z pierwszego rzędu. Za tydzień kolejny, tyle, że z większą pompą.

Zasiadam ci ja do historii, czas najwyższy. Jeszcze tylko milijonpińćsetłosiem spraw i może w końcu rzeczywiście mi się uda. Oby, pewnie tak, z pewnością, na pewno, miejmy nadzieję.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz