Pijąc dzisiaj chyba trzecią kawę, w przerwach mając na sumieniu kilka herbat (nadal na topie cytryna z goździkami) zrobiłam sporo rzeczy o których myślałam w ciągu tygodnia. Przede wszystkim zajęłam się angielskim i matematyką, poszperałam w Internecie ażeby to znaleźć kilka przydatnych informacji na temat studiów i certyfikatu TOEFL, który na szczęście okazał się dosyć prosty. Dopadła mnie też niesamowicie dołująca informacja, która wstrząsnęła mną całkowicie i nadal nie mogę się otrząsnąć. Przypomniała mi dosyć brutalnie, że śmierć jest wokół nas i tylko czyha na to, by dopaść jednego z naszych bliskich a być może i nas.
Chciałoby się powiedzieć, że ten tydzień był tak zawalony pracą, że nie miałam czasu na nic. Boję się określić go mianem najcięższego w moim życiu, bo los może zająć się próbą prześcignięcia go w rankingu i to dosyć szybko. Na nieszczęście nic nie zapowiada, że będzie łatwiej. Na szczęście zostały mi książki przemycane do kąpieli, czytane po nocach. Nie daję rady oglądać filmów, bo nie stać mnie na całe dwie godziny przerwy od natłoku zajęć. Ale czy narzekam? Może się tak wydawać, jednak ja wiem, że tylko wtedy weekend wydaje się najprzyjemniejszy. I nawet sobotnie korepetycje nie zniszczą tej dwudniowej idylli.
Dużo dzisiaj pisaniny, ale mam tyle myśli, tyle niedokończonych rozmów i rozmyślań, że słowa same pchają mi się do napisania.
Jutro u Ines, mam nadzieję, że coś fajnego wyjdzie z rzeczy całkiem rzeczywistych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz